Romania! 4948 km przygody.... - Dzien drugi

14. 09. 21
posted by: Sebastian
Odsłony: 20848

 

 

18.08.2014 Dzień drugi

    Wstaje wcześnie, jest ok 6, może trochę wcześniej. Jest chłodno, wszystko jeszcze śpi ale widok Tokaju w promieniach wschodzącego słońca to bajka. Zaczynam sie powoli ogarniać,  wracajac spod prysznica przypominam se, że zapomnialem wody na kawę. Kubek w łape i grzeje spowrotem, ale po kilku krokach wpadam na małżeństwo z kampera na tablicach z Jasła, kwestia porannej kawy rozwiazana :) Po miłej pogawędce pakuję obóz na moto i ruszam w stronę rumuńskiej granicy, do której docieram ok 11;50. Na granicy mała niespodzianka-nie spodziewałem się, że na przejsciu dalej są normalne kontrole. Daje plastik, dzwigam kask, ok- można jechać. Na przejściu wymieniam jeszcze Eurasy na Leje (kolejka do kantora po ch..u), przekładam mape i lece w kraj Draculi.

Tokaj o poranku

Rumunia

    W Rumu ni pierwszym celem jest Oradea, w której mam zamiar odbić na drogę nr 19 w kierunku Satu Mare. Na dzień dobry się trace i jade w przeciwnym kierunku, ale przy pierwszym znaku informującym o odleglości do kolejnych miejscowościu skumałem, że nie tędy droga. W tył zwrot, pół godziny w plecy, ale w końcu jade w zamierzonym kierunku.

Oradea na motocyklu

Pierwsze miasto-pierwsze wrażenia, Oradea zrobiła na mnie wrażenie miasta, które dawno lata świetności ma za sobą, szare, byle jakie, duży ruch, takie polskie osiedle z lat 90. Pierwsze kilometry po wyjeździe z miasta mały szok- nówka asfalt, nowe parkingi i wszyscy cisną. Co druga osobówka wali po 140, szybko łapie o co tu chodzi. Kilometry lecą, asfalt zaczyna robić się taki jakiego się spodziewałem.

Sati Mare motocyklem

Za miejscowością Satu Mare wbijam w jakąs boczną drogę chcąc zobaczyć pierwszy monastyr na swojej trasie. Po kilku kilometrach jazdy przez las przejeżdżam jakąś małą wioche (same nowe domy i fury..) i kolejne z dwa kilometry lece polną drogą przez las. W końcu jest.

Monastyr w Rumunii

    Na miejscu spotykam kilka osób remontujących jedną kaplice ( a właściwie tworzących), jeden z nich przyprowadza młodego zakonnika opiekującego się tym miejscem, który dobrze zna angielski. Oprowadza mnie po całości, opowiada o życiu w Rumunii, troche zartujemy, taki wesoły grubasek w niczym nie przypominający naszego kleru. Okazuje się, że cały monastyr to w sumie samowola budowlana, ale kogo to w Rumunii obchodzi.. :) Mija trochę czasu, trza się żegnać i grzać dalej, dzisiaj chce jeszcze zwiedzić słynny Wesoły Cmentarz w Sapancie. 

Wesoły Cmentarz  

Do Sapanty docieram po godz. 17 i przegapiam oczywiście znak wskazujący cmentarz i tak się kręce, zwiedzam jakiś nowobudowany kościół i w końcu zatrzymuje się obok siedzących przy drodze kobiet i próbuję dowiedzieć się gdzie to w końcu jest. Po niemiecku nie da rady, po angielsku jedna jedynie jest w stanie zaproponować mi pokój, nie do końca o to mi szło. Wracam się raz jeszcze i jest!  Zwiedzam ten cud i dochodzę do wniosku, że troche przereklamowany, ale chociaż w cenie pocztówka była... Aha, tu też spotykam Polaków.

  

Dzień powoli się kończy, cisne dalej i powoli szukam miejsca do spania. Tradycyjnie jak ma to miejsce w takich wyjazdach, kończe z szukaniem miejsca w ciemności. Jest juz po 20,  robi się ciemno ale wypatruję polanke w lesie-Bingo! Tja, taki ch.. Przy próbie wjazdu zakopuje sie na maksa, kolejne 15 minut spędzam na wyciągnieciu obładowanej cebry z bagna. Do tego sama polanka okazuje sie podmokła i mieszka już na niej parę zdziczałych psów- spadam. Kawałek dalej widze pensjonat z restauracją. Zatrzymuje się, pytam kelnerkę o możliwość rozbicia namiotu. Prawie się zgadza, ale wylatuje jakaś burdel mama i mam wybór albo pokój za Euraczki albo nara-świetnie się zaczyna, spadam. Zrezygnowany zatrzymuję się w miejscowości Petrova przy malutkim sklepiku, którego właścicielka pozwala przekimać u siebie w ogrodzie. Po całym dniu nie trzeba mi nic wiecej.

 

   


Powered by JS Network Solutions