3650 km bałkańskiej włóczęgi - Dzień jedenasty

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 2647

Dzień jedenasty :

Smuteczek

To ten najsmutniejszy poranek wyjazdu. Wiesz, że już nigdzie dalej nie pojedziesz. Od domu dzieli cię śmieszne kilkaset kilometrów, może z 500. Ostatnia prosta do powrotu do codzienności. Z kubkiem kawy w dłoni idziemy przywitać się i zarazem pożegnać z Balatonem. Jeziorem, które niezaprzeczalnie ma swój urok ale nie wywołuje raczej okrzyków zachwytu. Dla mnie ma jednak jakiś magnes, przez który nie bardzo chcę jechać dalej. Tak jak pierwszego dnia, tak ostatniego stoję nad brzegiem, z tą różnicą, że jakoś nie śpieszy mi się pakować kata i ruszać dalej. Stan bycia w podróży ma tą cholerną bezwładność,że jak już się w niego wkręcisz, za nic w świecie nie chcesz go przerywać. Ania ma chyba to samo odczucie. Robimy sobie kilka zdjęć, cieszymy się ciszą i spokojem, które panują w tym miejscu. Anka robi zdjęcia ptactwu, ja żałuję, że nie będę miał już w tym roku okazji wykąpać się po tej stronie jeziora. Wypiłem już kawę bo zimna była, Anka ma jeszcze gorącą. Muszę kupić ten pieprzony termo kubek. Wracamy na camping, trzeba się w końcu pakować.

Balaton południowy balatonszemes

Spakowani żegnamy się z serdecznymi gospodarzami campingu i ruszamy w drogę powrotną. Kawałek dalej zatrzymujemy się jeszcze w centrum miasta, żeby kupić upominki dla znajomych. Pierwszy raz chyba dostrzegam większe zainteresowanie przechodniów obładowaną Katją stojącą na parkingu. I zasłużone. Motocykl stworzony do siania spustoszenia na miejskich arteriach przejechał już ponad trzy tysiące kilometrów, czasami najpodlejszymi, bałkańskimi drogami - dał rady. Nawet z kuframi i kompletem pasażerów - przez solidne obciążenie z tyłu wystarczyło kopnąć w przedni błotnik gdy stał na kosie, żeby wyjebał backflipa.  Na szczęście leżała tylko pierwszego dnia - oparła się na kosie i kufrze - zero strat nawet na handbarze bo fajera była w lufcie...

turystyka motocyklowa węgry

Anka wraca z łupami więc całą trójką możemy ruszać dalej. Jeszcze ambitnie omijamy autostrady, chociaż drogi krajowe już mniej. Wszystko zmienia się na Słowacji. Mam dość jazdy za i wyprzedzania gości jadących poniżej limitu. Katja jeszcze bardziej. Z resztą z poniedziałkowej jazdy przez wsie i miasteczka zauważyłem tylko jedną ciekawostkę - do południa i wczesnego popołudnia nie widać białych dzieci. Jak już to z tornistrami. Za to na każdym kroku widać cygańskie, które widocznie system edukacji mają w poważaniu. W ogóle, jest to chyba jedyny element, na który trzeba uważać w tej części Europy. W Bośni smyczący złom jakimś pultokiem pokazuje mi faka jak się mijamy, w Serbii wystarczyło, że przejeżdżając obok straganu z owocami chwilę się popatrzyłem, żeby sprowokować wyskok z ryjem szczerbatej przedstawicielki płci żeńskiej chyba, też w kolorze takim jakimś. Dziwni są. Mój ryj był pod kaskiem więc nie wiem o co kaman.  Zlewam to już zasadniczo.

Balaton
Balaton od południa

Nie chce mi się już wlec tymi drogami, wbijamy w navi autostrady i ciśniemy przez Słowację i Czechy na przemian speedem i dobrymi krajówkami. Późnym popołudniem jesteśmy w Chałupkach. Do domu zostało niecałe 30km. Dokręcam gaz. W domu okazuje się, że Anka miała dobry węch. Niski lot przez Stare Hamry zakręcił w nosie spalenizną. Na miejscu wyszło skąd. Katja do długiej listy rzeczy spalonych ogniem z kominów dopisuje karimatę i siatkę bagażową. Niech ma, dobrze, że nie jechałem bez db killerów bo pewnie niewiele by z tego zostało. W 11 dni przejechaliśmy 3650 km, dziewięć krajów (nie licząc Polski), poznaliśmy kilka bardzo fajnych osób, zobaczyliśmy wiele niezapomnianych miejsc, skosztowaliśmy kilku nowych potraw i alkoholi. Macedonia, Albania, Grecja i Bułgaria - was też jeszcze zapiszę na kufrze, może następnym razem....


Powered by JS Network Solutions