3650 km bałkańskiej włóczęgi - Dzień trzeci

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 2201

Dzień trzeci :

Uciekamy przed deszczem. Do Bośni

Zbieramy się z rana po wczorajszym lenistwie. Poranek nie najgorszy, ale pogoda dalej taka sobie. Śniadanko przed namiotem i pakujemy nasze m1 na dzika. Tempo pakowania przyspiesza przelotny deszczyk. Plan na dziś jest prosty - przestrzelić przez nudne jak cholera madziarsko, później przez Chorwację do Bośni i tam szukać noclegu. Trasa wydaje się banalna, więc dalej ambitnie jedziemy na mapie. Jest po 10, ruszamy. Podjeżdżam pod cieciownie ze szlabanem, mijam z 5 złomboli w polonezach, pokazuje, że zapłaciłem haracz i możemy jechać. Kilka słów ze złombolami i jesteśmy w trasie.  Nie wiem czy z nudy, czy z widma spierdalania przed deszczem mylę trasę i właściwie lądujemy na starym szlaku, którym chciałem jechać wcześniej. W sumie dobrze - resztę dystansu pokonaliśmy bocznymi drogami, z ciekawszym widokiem i zdecydowanie mniejszym ruchem. Spoko. Przy okazji przywracania navi do łask,bawi mnie widoczek busa z 15'toma harasami na lawecie, heh, bananowa turystyka :D Widoczek kropelek deszczu na wizjerze, bawi mnie jednak coraz mniej. Też trzabyło jechać busem...

Bośnia i hercegowina

Śladem kul na murach

Ciśniemy. Granicę przekraczamy w Barcs, tam też jeszcze zatrzymujemy się na kawę i tankowanie pomarańczy.  Na granicy trochę sajgon, ale jakoś poszło, nawet bez zdejmowania kasków. Jedziemy, przejeżdżamy most z ogromnym korkiem od strony chorwackiej, granica, kontrola, jedziemy dalej. Oczywiście deszczyk jedzie z nami, jest normalnie jak zajączek robiący jeżyka w tym znanym kawale - masz go powoli dość. Ale jest fajniej. Nawet Fajnie. Drogi fajne, tempo nawet bardzo, widoki ciekawe. W końcu są góry, są kamieniołomy, są też domy. Domy pamiętające ostatnią wojnę, jedne odbudowane i zamieszkane, ale z setkami dziur po kulach na murach, inne całkiem nowe oraz ten trzeci typ - te podziurawione jak sito, pozostawione, puste. Dają smutne wyobrażenie jak zaciekłe walki toczyły się w tych miejscach. Jeśli spodziewasz się, że skończyło się na serii z AK pod oknami, to się trochę zdziwisz. Jak ja.

Chorwacja i Bośnia

Parkowanie na ścianie

Po drodze łapie nas dość mocny deszcz, chowam się na przystanku, przeczekamy największą ulewę.  Przez Chorwację mamy niecałe 200km do przejechania, droga idzie bardzo sprawnie, więc możemy sobie pozwolić na chwilę pauzy. Na szczęście szybko przeszła. Lecimy dalej. Zanim przekroczymy kolejną granicę mamy zamiar jeszcze coś zjeść. W miejscowości Kosovac, przy skręcie w stronę granicy z BiH zatrzymujemy się na pizze. Jakoś udaje mi się dogadać i zapłacić euro, chyba nawet mnie nie okantowała kelnereczka. Żarcie dobre, ceny też, nie bardzo jest coś wartego wzmianki. Poza jednym knedlem. Czechem znaczy się. Trzech podstarzałych gości na starych dżapsach też zamierzało skręcić w stronę granicy, w lewo. Tylko jeden gapa był. Pierwszy wyhamował, skręcił, drugi też. Trzeciego pozamiatało. Patrze - myślę będzie szlif, nie, bardziej highside teraz. Nie, wyjechał z drogi ( bardziej wyleciał) staranowł krzaki w ogrodzie i przydzwonił w dom. Komicznie wyglądał taki wkomponowany w zieleń, dalej na kołach i próbując wycofać. Na szczęście bez ofiar, koledzy na szybkości go wydobyli, pojechali dalej. Powłóczyli. Mijaliśmy ich w połowie drogi do granicy, jak zakładali kondomy przeciwdeszczowe na widok kolejnej, jebitnej, czarnej chmury. Ja uznałem, że redukcja + lewy to lepszy sposób na pozostanie suchym. Miałem rację. Odstać swoje na granicach i jesteśmy w Bośni i Hercegowinie.

Kanion Vrbas

Pierwsze wrażenie dupy nie urywa, tym bardziej, że przed Banja Luką znów zaczyna padać. Mamy obadany spoko kamping, trzeba tylko zatankować, przebić się w tym nocnym deszczo-wietnamie przez miasto i w kanionie znaleźć to czego szukamy. Za miastem na szczęście już nie pada, a droga przechodzi w przepiekny kanion Vrbas. A w tym kanionie Vrbas, nad rzeką Vrbas, jest Camping Vrbas. Polecam z całego serca. Jeden z najlepszych na jakich nocowaliśmy, właściciel też latał na moto, przyjazny, ma browary i generalnie cały barek, no jest świetnie, jako coś : Tu jest ich strona . Co było dalej, to osobny rozdział. Aha, ok 20;30 chyba dotarliśmy. Już ciemno było. Dawno.

CDN.

Kamping Vrbas
Camp Vrbas

"Something like apostrof"

Obdarowani deseczką pod stopkę do kata teleport na drugi koniec pola, w róg między białym płotem a urokliwym brzegiem rzeki. Od razu zauważamy post strażackiego żuka z Polszy i Gaza na niderlandzkich blachach. Obok nich trwa zacięta impreza, dwie ławy świetnie zastawione %. Pięciu Polaków, Czech i dla zmyły para ze Słowacji z Gaza. Po entuzjastycznym powitaniu na szybkości rozkładamy namiot i dołączamy do zacnego grona. Odkładanie rozbicia naszego M1 na potem mogło by się skończyć katastrofą budowlaną. Ekipa z Polski to goście z Żukietty, dokumentnie zakręceni, organizujący własną ekspedycję charytatywną :D To chyba najlepsza ekipa jaką spotkałem kiedykolwiek w trasie. Bariera językowa nie istniała, jedynie Słowak z Czechem rozmawiali po angielsku - da fak? W międzyczasie wraz z promilami przybywało nam pocztówek z Chojnowa, a głównodowodzący tłumaczył lasce ze Słowacji, że kurwa to nie jest złe słowo, tylko "kurwa it's .... something like apostrof". Leżymy. Koło 1 w nocy po wyzerowaniu barku wesołego Bośniaka, naszych zapasów alko i energii niektórych towarzyszy idziemy spać. I tak zaczyna padać. W trakcie integracji na polu zameldowała się jeszcze jedna parka złombolowych buraczków maluchem, którzy mijając nas kilkukrotnie odwracali głowę, mając namiot 5m dalej, smutasy. Inni wpadli z bomby poldonem drąc japę, czy mamy alternator do krokodyla. Tak kuwa, trzy.  


Powered by JS Network Solutions