3650 km bałkańskiej włóczęgi - Dzień ósmy

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 3423

Dzień ósmy:

Powiało chłodem

Poranek raczy nas czymś z pogranicza rześkości i pizgawki, kontrast między wczorajszym początkiem dnia jest ogromny - jest jakoś z 15 stopni mniej albo i lepiej. W nocy temperatura spadła do ok 5*C. Wczoraj było ponad 20... Gotuję wodę na kawę w przedsionku naszego namiotu, w którym nieśmiało w kącie leży pieseł, przybłęda, który znalazł sobie przytulne miejsce na nocleg. Śniadanie jemy przy okrągłym stoliku, wokół którego przesuwamy się razem z wędrującym słońcem. Delikiatnie zaczyna grzać, w cieniu nadal zimno jak pieron. Obok nas w trasę rusza ekipa na nowych giejesach i multistradzie. Piękne, nowe turystyki przyjechały tu o własnych siłach. Nie no, na poważnie to na lawecie. W sumie dobrze, że na niej się nie zepsuły po drodze. 

Pole namiotowe zablijak

Obserwujemy jakąś parę bezdomnych Szwajcarów w naszym wieku ( no tak wyglądają), parę Polaków, którzy wczoraj chyba pierwszy raz w życiu rozkładali namiot i pole zimowitów. Normalnie se rosną jak krokusy na wiosnę. Zbieramy nasz wigwam bardzo sprawnie, w końcu mamy już temat opracowany przecież. Idę jeszcze zapłacić naszemu wesołemu Bułgarowi. Gość chyba zakochał się w Katji bo powiedział, że za moto nie kasuje. A może to przez to, że od rana w recepcji stała rakija, co chwilę rozsypywana do kielonów... 

park durmitor

W końcu atrakcja turystyczna, która robi wrażenie

Czas na nas. Jedziemy najpierw w Durmitor. Trochę musimy się wrócić, ale mamy nadzieję, że warto. Zdecydowanie. Mijamy sporo motocyklistów z naprzeciwka, w końcu skręcamy w wąską drogę wiodącą przez park. Bajka. Góry robią piorunujące wrażenie. Tak jak mijanie wojskowych ciężarówek na wąskiej, krętej drodze, jadąc od strony urwiska, pół metra od krawędzi. Jak na złość, kamerka świruje pawiana. Najładniejsze miejsce jak na razie i nagranie przepadło. Nosz kurr.. Za to mamy parę samojebek. Ale to dobrze. Najpiękniejsze zdjęcia i tak zostają w pamięci, dla nas. Jak ktoś chce zobaczyć, to niech też tyra w deszczu tak jak my - a co!

Durmitor motocyklem

Serbski wpierdol

Dobra, teraz już koniec zabawy, czas na kolejną granicę - Serbia.

Głupi chcę pojeździć tymi "żółtymi" drogami, żeby zobaczyć jak tam ludzie żyją i uniknąć ruchu. Z początku jest fajnie, ale za nami gdzieś widzimy już burzę. Podczas krótkiej przerwy mówię do Ani, że motocykliści którzy nas właśnie mijali z naprzeciwka pewnie się w to wjebią. My jedziemy w stronę słońca. Tak. Takie słońce jak ten z Korei albo Żoliborza. Czarna dupa. Po chwili odbijamy w prawo, przez tamę, znowu w prawo, w lewo, serpentyną i już jedziemy po prawicy ołowianej chmury. Gdyby jeszcze Karolek z nami jechał, to bym zrozumiał skąd ten deszcz. Zaczyna padać. Jedziemy dalej. Już leje. Jedziemy dalej. Żadnego miejsca, żeby się schować, założyć kondoma, nic. Jedyna nadzieja uciec spod tego. Nie da rady. Leje i do tego zaczyna walić gradem. Zatrzymuję się pod drzewem, żeby chociaż założyć pokrowiec na tankbaga. W dole machają do nas pracownicy tartaku. Jedziemy się tam skitrać. Anka wskakuje do hali, ja ratuje z moto co się da, dokumenty, mapy, telefon, chociaż on już na kurs nurkowania się zapisał. Przemoczeni jak szczury przeczekujemy najgorsze i uciekamy dalej. I jeszcze Ania plecak zapomniała, na szczęście szybko się skapnęliśmy. Zanim udało się dotrzeć do Kraljewa, gruba rozkmina gdzie oni do cholery tankują? Tu nic nie ma przez kilkadziesiąt km.. Swoją drogą Serbia najbardziej mi przypomina Polskę jak dotąd. I ludzie w porównaniu do Czarnogóry dużo bardziej życzliwi i przyjaźni mi się wydają. 

Atrakcje czarnogóra durmitor

Chcieli dobrze

Wjeżdżamy do miasta i jest - restauracja z wifi rifi, no. Bo już 17. Albo 18. Parkujemy przy ogródku piwnym i debatujemy nad mapą, w Stanisici widzimy ze 3-4 zaznaczone pola namiotowe. Jak gdzieś było jedno na mapie, to w rzeczywistości z pięć. Myślimy - jest dobrze. Od razu trzech gości odrywa się od piwa i proponuje swoją pomoc. Chętnie korzystamy. Wynajdują, że we wspomnianej przez nas miejscowości napewno będą pola namiotowe. No przynajmniej powinny być. Zamawiamy obiad, Anka robi siku i do dziś nie wie gdzie była spłuczka. Potem lecimy zatankować i do Stanisici. Mamy 30 km, więc luzik. Kelner wymienia mi 10 Euro na dinary, gdyby na kempingu nie chcieli euro i lecimy. Tylko czemu navi mówi, że te 40 km to ponad godzina? Hmm, coś tu śmierdzi i to wcale nie mój bączur tym razem. Za miejscowością Vrnjacka Banja wszystko się okazuje. Jedziemy nocą przez las, górzystą drogą, zakręconą jak świński ogon i z piaskiem lub żwirem na zakrętach. I nikogo oprócz nas. Będzie chujnia, czuje w kościach. 20km takiej przyjemności po całym dniu jazdy, żeby nic nie znaleźć. Jest jakiś ośrodek kolonijny, ale woźny z gatunku tych granatem od pługa oderwanych, nie daje opcji na namiot, pokój, nic. Mimo, że ośrodek na kilkaset osób stoi pusty. Jest tylko on i dwa psy. Za górami już widać nadchodzącą burzę, a my decydujemy się wracać do Banji. Trzeba wyschnąć w końcu, znaleźć jakiś pokój. To szukamy. Szyldy jakoś poznikały, wszędzie było "sobe" a teraz zostało chyba "sobie radź sam". Wbijam do małego sklepiku i pytam babke o noclegi jakieś. Telefon do męża, ich znajomy coś wynajmuje. Idę powiedzieć małej, w tym momencie podjeżdża mąż sklepikarki, i oznajmia, że niestety apartament wynajęty. Ale tu, 150m w prawo jest willa coś tam coś tam, spróbujcie. No to próbujemy. W tym momencie podchodzi do mnie gość ok 60'tki. Wypytuje skąd jesteśmy, czy znam rosyjski. Mimo przeczącej odpowiedzi, on gada po rusku, ja po swojemu, rozumiemy się jakoś. I pada pytanie coś w stylu : Jak w polszy, lubicie Putina? Chciałem wypalić, że jasne, spoko ziomek, ale se myślę, cholera go wie co w tej Serbii mają za stosunek do nich, nie czytałem. Wymijam odpowiedź, też wzruszył ramionami. Jadę pod tą willę, Ania już nie ma ochoty gramolić się na moto, mówi, że się przejdzie.

Serbscy ludzie dobrzy, jak ruscy

Nasz serbski przyjaciel uznał jednak, że pójdzie za nami, w razie gdyby trzabyło pomóc, oświadczył to Ance i pojechał za mną. I tu wchodzę ja. Cały na biało. Dzwonię do drzwi - cisza. 3 piętra niczego. Basen, restauracja, żywej duszy, a furtka otwarta. I słyszę rozklekotany rower po bruku. Gość dotarł mi pomóc. Jak tu ich nie ma, to chodź od tyłu, mówi. To idziemy. Nic. To do sąsiada. Podobno do Niemiec pojechali po sezonie. No to idziemy dalej. Gość niezmordowany szedł ze mną lekko 15-20 minut, w nocy, co chwila pukając do kogoś drzwi z pytaniem o pokój do wynajęcia. I skubany znalazł. Apartament wyjebany w kosmos jak na nasze wymagania w cenie prawie jak za pole namiotowe. Na pożegnanie rzucił " Serbskie ludzie dobrzy, kak ruskie". Co by nie mówić w sumie racja. Każdy zaczepiony lub nie starał się pomóc.  

Taki luksus po tygodniu pod namiotem to dla nas aż dziwne, ale cieszymy się, że nie trzeba się spinać przed burzami, które dziś krążą w około. I nawet moto bezpiecznie przenocowało. Burza jak na złość dziś se dała siana. Jesteśmy tak zmęczeni, że nie chce nam się nawet iść do sklepu po piwo. Heh, Serbia.


Powered by JS Network Solutions