3650 km bałkańskiej włóczęgi - Dzień dziewiąty

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 2204

Dzień dziewiąty :

Bałkanica. Ci jednak potrafią świętować

Dziś śniadanie jemy jakoś dziwnie. Mamy stół w salonie, kuchnię, wszystko po cywilizowanemu. No trudno. Ale chociaż większość ciuchów zdążyła wyschnąć. Pakowanie na szczęście dziś o namiot i spanie szybsze - i dobrze. Mamy kupę kilometrów do przejechania. Ubzdurałem sobie cztery lata temu, że następnym razem chcę zobaczyć Dunaj od drugiej strony. Nocując nad Dunajem przy drodze 57 w Rumunii obserwowałem barki płynące wzdłuż serbskiego brzegu, nad którym biegnie droga nr 34. Światła aut co chwilę pojawiały się na moście, by za moment stracić się w tunelu. I tak cały czas. Dzieli nas od tego miejsca około 300km. Niby niewiele, ale jak jesteś od kilku dni w trasie to już jakiś dystans jest. 

Serbia park derdap

Ruszamy koło 10. Po chwili już się zatrzymujemy. Musimy przecież skosztować w końcu burek z mięsem. Zatrzymuję się obok piekarni, proszę o dwa burki na miejscu. Sprzedawczyni podgrzewa, przynosi nam do stolika, pełna kulturka. W tej chwili gość w skodzie wymusza pierszeństwo na skrzyżowaniu. W wyniku starcia stare Yugo traci lusterko. Chwila konsternacji. Winowajca wychodzi z auta, podchodzi do dwóch młodych ziomków w Yugo, przeprasza, poklepali się po plecach, luzik. Rozejść się. Fajnie tu mają, myślałem że zaczną się napierdalać a tu znowu, kulturka.

Ruszamy, kawałek dalej znowu szok. Cała miejscowość zamieniona w festyn. Ogromne grille zasypane przeróżnym mięchem i kiełbadronami, całe krowy, świnie, kozy - kręcą się na ruszcie. Dla nas, przyzwyczajonych do festynów z dwoma food truckami i grillem pod namiotem niezły zonk. Dwie wiochy dalej powtórka. Mają rozmach...

My za to dziarsko ciśniemy dalej. Bo trzeba znowu zmoknąć i się wysuszyć, a co. Jak już wylazło słoneczko, zjeżdżamy na na stację nakarmić Katję. Przy okazji obserwujemy dwóch narwańców walących kilkukilometrowe gumy na starym zatyranym xt 600 i LC4. Bez kasku. W krótkich spodenkach i trampkach. Prze katy.

Serbowie znowu dają tu wyraz swojego przyjaznego nastawienia. Wystarczyło chwilę się pieprzyć z wtyczką od ładowarki przy kufrze by sprowokować przypadkowego Serba do pytania, czy nie potrzeba coś pomóc. Wcinamy lody, przy okazji zamieniając kilka słów z kasjerem, który wylazł na fajka i bajerę. Fajnie. Dobra, ciśniemy.

kamping Toma serbia

Nie bardzo jest się już co rozpisywać nad drogą. Jest dobry asfalt, ale widoki się kończą. Robi się płasko, zwyczajnie, jedziemy dość szybko. Raz mylę drogę, nadrabiamy 40km. No trudno. Zajecar, Negotin, wreszcie Kladovo. Tu kończy się nuda. Robimy chwilę przerwy na parkingu. Anka idzie uzupełnić zapasy, ja szteluje kamerke i naprawiam ktm'a. Gdzieś po drodze wypluł zatyczkę od podciśnienia z wężyka. Wpakowałem kawałek patyczka, działa do dziś.  Pełno tu rumuńskich tablic, widać chętnie przeskakują granicę w weekend. My ruszamy w kierunku Parku Narodowego Derdap, gdzie czeka na nas ponad 20 tuneli, mosty, ruiny zamków, Iron Gate i piękne widoki na płynący w dole Dunaj. Jest już dość późno, a przed nami jeszcze ok 100km do miejsca, w którym chcemy się zatrzymać na noc. Na szczęście niewielki ruch, dobry asfalt i humor dość szybko gonią nas na miejsce. Przejechaliśmy chyba 26 tuneli, widzieliśmy przyczepy kempingowe w najbardziej absurdalnych miejscach, teraz czas na znalezienie czegoś do spania. Anka znalazła dwa kampy : Jeden Asin, standard widać bardzo wysoki i średnia ocen 4,9 w googlu, i drugi, Toma. Tu nie ma co liczyć na wygody, co prawda jest kibel, ciepła woda, nawet srajtaśma. Ale też wczesna komuna, pierdolne włochate ćmy i kilogramy pająków. I 10E za dwie osoby, nie tanio. ALE jest na polanie bezpośrednio nad Dunajem, można zejść do wody, jest klimatycznie, do tego jest taras na rzece i chyba zapuszczona knajpka, w której siedział chyba właściciel z lokalesami. Mieliśmy jechać na Asin, ponieważ Toma oficjalnie od kilku dni już po sezonie. Uznałem, że i tak warto spróbować - jeśli będzie właściciel to dobrze, jak nie to na partyzanta śpimy. Ja chce nad Dunajem. I ch. 

Jak widzicie nocleg udało się nagrać, to teraz obiad. Tylko gdzie. Właściciel kieruje nas do swojej knajpy 5km dalej. Wyboru specjalnie nie mamy.

Powiem tak. Knajpa nie wiem jak funkcjonuje. Wygląda, że lata świetności ma już za sobą. Tak z 10 lat za sobą. Szukam stolika w fajnym miejscu - pierwszy poplamiony obrus, drugi z dziurami, myślę - tam na tarasie będzie lepiej. To samo. Ok. Może jedzenie będzie lepiej wyglądać. Mieszanką jugolskiego, polskiego, niemieckiego i angielskiego zamawiamy obiad - Anka bierze rybę (nawet dwie dostała), ja mieszane mięso. Najbardziej zapyziała knajpa, najdroższy obiad na wyjeździe. Nie chce wiedzieć jak wygląda w kuchni, bo pewnie biegają tam takie dupne karaluchy, że śmiało można z nich robić mielone, ale żarcie pierwsza klasa. Tak poważnie teraz, dobre było i duużo. Oprócz nas tylko 2 gości z Rumunii, którzy właśnie się zbierają.  Trochę podejrzanie to wygląda, w środku za barem zamiast alko leżą rozwalone obrusy, kasa leży na stoliku obok. Po drugiej stronie spotyka się kilku gości - samymi nowymi mietkami i bawarami. Nie wnikam, Anka mówi mafia i pralnia hajsu. Ja mam to w dupie, płacę, biorę browary na wieczór i wracamy na kemping. Po drodze zastanawiamy się, czy nas w nocy na części nie rozbiorą, bo prawdopodobnie sami będziemy nocować na tym małym odludziu a towarzystwo podejrzane. Na szczęście na miejscu zainstalowała się para w T3 z Austrii, kamper z Francji i para z Niemiec, która od 5 tygodni płynie kajakiem do ujścia Dunaju. No to luz. Sama miejscówka za klimat i widok 9/10. Jeden punkt odpada za te jebane komary. Czas na zasłużony browar w tych pięknych okolicznościach przyrody. 


Powered by JS Network Solutions