3650 km bałkańskiej włóczęgi - Dzień dziesiąty

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 2991

Dzień dziesiąty. 

Rześki poranek z kubkiem gorącej kawy, zaparzonej w nasz ulubiony sposób urozmaica nam dzisiaj ciekawe wydarzenie. Żegnamy Sarah i Martina - parę kajakarzy poznanych wczorajszego wieczora. Wraz z Austriakami robimy im zdjęcia, do których pozują robiąc kółko na wodzie wśród porannej mgły. Jest to jeden z tych momentów, które najbardziej lubisz w podróżach - poznawanie podobnie zakręconych ludzi. Zawsze się wtedy zastanawiam, kiedy znowu się spotkamy? Świat z każdym przejechanym kilometrem robi się mniejszy. Albo większy. Tak na przemian....    

Dunaj o tej porze dnia to kolejne z magicznych miejsc na mojej mapie. Wędkarze ledwo widoczni w małych łódeczkach we mgle, gdzieś daleko po drugiej stronie moja Rumunia, kubek kawy, chociaż już trochę zimnej. trza kupić jakiś termiczny.

Dunaj serbia motocyklem
Dunaj o poranku

Trochę szkoda jechać dalej, przed nami zostały już tylko nudne Węgry, Słowacja i Czechy. Może maja coś w sobie te kraje, niestety nie po trasie naszego tranzytu. Czas w drogę.  Granicę z Węgrami będziemy przekraczać w Bacsalmas. Po Serbskiej stronie poziom wyjebki jest kosmiczny. Pogranicznicy nawet nie mają ochoty wyłazić z kontenera robiącego za prowizoryczną granicę. Bierzesz dokumenty, podchodzisz do okienka, otwierają ci szlaban i jedź se. Tylko celniczka z początku groźna roześmiała się serdecznie, jak katja kanonadą z mivv'ów odgoniła bezpańskie psy. Przetaczamy się przez rozkopany plac budowy, z którego powstaje nowe przejście po stronie Serbii, do przejścia z madziarami. Tu zwrot o 180*. Kamery na masztach, płot, zasieki, potężna brama, kontrole bagażu. Jedyna granica, na której musimy zdejmować kaski. Myślę se - no szpica, jak zacznie grzebać w tych kufrach to sie do wieczora będziemy pakować. Na szczęście wystarczyło odpowiedzieć po polsku na pytanie czy coś mamy : Jedno piwo. Małe. 

Bałkany na motocyklu

Dobra, w końcu można jechać nad ten Balaton. Byle nie zabulić jak pierwszego dnia. Zaczynam całkiem zdrowo nadrabiać czas prędkością. No do czasu, aż motocykliści nie ostrzegają o kontrolach prędkości. W autach nikomu się nie chciało. Niestety niedziela była chyba dniem polowania, ale jakoś udało się zawsze wyhamować. Po drodze Anka mi ryje w kask - Jeeeeeśćć! W końcu znajduję restaurację. Opłacało się przeciągnąć trochę km na głodzie - jedzenie, obsługa - pierwsza klasa! Do tego cenowo super nawet na nasze dziurawe kieszenie. I można po ludzku porozmawiać z kelnerem czy lokalnymi motocyklistami, po niemiecku. Tym razem Anka wynajduje kemping sprawdzając najpierw cenę. Decydujemy się teraz na południową część Balatonu. 

Turystyka motocyklowa serbia

Najedzeni i nie stresowani już kontrolami sypię z garści, żeby wydmuchać te dupne pająki z ostatniego noclegu. Lądujemy w miejscowości Balatonszemes. Chwilę się zastanawiamy, bo camping nie ma plaży nad jeziorem, ale z drugiej strony - i tak już za zimno i w sumie nie mamy zbytnio na to czasu. Wchodzę za płot i pytam właścicielki właściwym sobie : Sprechen Sie Deutsch? Odpowiada, że oni są Niemcami. Śmiech. Zostajemy tu, jest czysto, przyjaźnie, po niemiecku. Kontrast do standardu zeszło nocnego bardzo duży. Wynajduje nam starannie miejsce, żebyśmy mieli równo (kurwa, ten ich trawnik jest 10x równiejszy jak nasze asfalty..), kase to jak będziemy jechać, no luz. Kibelki - czyściutkie, nowiutkie, pachnie, radyjko, w nocy ogrzewane, miękka srajtaśma, no szok. W międzyczasie odnajduje się również właściciel  - mówię mu, że Ania się śmieje, że nawet trawa jak od linijki. Gość zakłopotany zaczyna się tłumaczyć, że właściwie to już nie jest taka jak powinna bo już zamykają za tydzień. No rozdupił mie chop. Wszystko fajnie pięknie, ale nie mamy piwa. A jest niedziela wieczór. Wszystko zamknięte. Na szczęście o to też zadbali. Zgłaszam problem - w odpowiedzi pada pytanie : Piwo? Wino? Sznaps? Hehe, mają tego całą szopkę :D 

 Wieczór spędzamy siedząc przy piwku w towarzystwie właściciela campu i starszego bajeroka. Motocykliści są wszędzie, ten kiedyś jeździł, staruszek ma jeszcze GL 1000, której od stania zarastają gaźniki. Siedzimy sobie tak do późnego wieczora gawędząc w języku, który obok matematycznego jest drugim urzędowym w piekle. Tylko biedna Anka rozumie co czwarte słowo.  Jak coś kemping nazywa się H&R Mobilcamping a tu ich strona. 


Powered by JS Network Solutions