Drukuj

3650 km bałkańskiej włóczęgi

18. 11. 12
posted by: Sebastian
Odsłony: 2992

Bałkany miały być w 2014 roku. Całe. Jak wyszło, zostało w relacji z Rumunii. W końcu trzy lata później, tydzień przed wyjazdem moto wyrzygało olej pod cylindrami, koniec planów na 2017. Ostatecznie na miesiąc przed wyjazdem moto poskładane (tjaa, szewc bez ....). Jedziemy. Trasa ambitna, ale bez presji, jest tylko zarys. Chcemy aż nad Ochryd przez wszystkie kraje, ale do Rumuni się nie zapuszczamy, bo będzie słabo z resztą. 

Jedziemy we dwoje, wróć, we troje : Ania, Ja i Katja ( KTM 950 SM). W dwie osoby, na supermoto, z namiotem i kuframi? No tak wyszło.

Dzień pierwszy:

W kierunku węgierskiego słońca

   Mieliśmy ruszać w sobotę z samego rana, żeby za dnia dojechać nad Balaton i na spokojnie znaleźć pole namiotowe. W sumie wyrobiliśmy się ze sprawami dzień wcześniej, więc ruszamy w piątek o 8 rano. W teorii znaczy się. W praktyce o godz. 8 upychamy jeszcze kufry, ruszamy ok 10. Bardzo ambitnie chcemy jechać na mapie i zadupiami, żeby coś zobaczyć. Bez sensu. Z prawej remont, z lewej remont, na wprost dla odmiany też remont. Plus oznakowanie z czapy dokłada nam trochę opóźnienia. Ok 17 zatrzymujemy się na obiad w restauracji na południu Słowacji.  Droga ogólnie jak na razie z dooopy, piątkowy ruch i korki w miastach psują całą frajdę z jazdy. Kufry po bokach szeroko, słońce wysoko, kiśniemy. Już jest jasne, że tym tempem nie dolecimy za dnia nad Balaton. Co gorsza, w KTM'ie krótkie światła walą wyżej niż długie, długie walą po koronach drzew, faken. 

Balaton

Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jedziemy po ciemku ze słabym światłem i pełnym bagażem, świetnie.Kupuje winietę w razie W, navi się buntuje to dalej po mapie, mylę drogę i znowu 20km nie w tą str. W końcu GPS łapie, jedziemy. Jeleń na poboczu w tym słabym świetle tylko dodaje optymizmu. Na szczęście Anka go nie zauważyła.

Balatonfured

Do Balatonfured docieramy ok 21;30. Pierwszy kamping jaki widzimy i się rozbijamy, byle był nad wodą. Trochę jeszcze w nocy po nim błądzimy bo to małe miasteczko a nie pole na miotowe : fryzjer, sklepy, restauracje, kampery, tysiąc kibli i co tam jeszcze chcesz... Rozbijamy domek, spacer na plaże. W końcu można odpocząć.

camping balaton


Dzień drugi:

Dziś nigdzie nie jedziemy

Wieczorem ustaliliśmy, że w sumie to jeden dzień zostaniemy, popływamy w Balatonie i ogólnie luz. Z samego rana już słyszę poburkiwanie z daleka - mhm, grzmi. Mam to w sumie w dupie, odsypiam tą wczorajszą jazdę w upale a potem bez świateł. Jakoś się rozeszło. Śniadanko, chill do czasu aż sie nie zrobi na tyle fajnie, żeby na spokojnie wbić do wody. I jest. Słoneczko wylazło. Woda myślałem, że będzie ciepła w cholerę, ale była zwyczajnie ciepła. Aż wyłazić się nie chciało. 

Balaton węgry

Przyspieszony kurs okopywania namiotu

Dobra, trza jednak wyjść. Idziemy ogarnąć miasto, jakieś alko na wieczór, może szamę. Niestety miejsce, w którym ten moloch campingowy leży, w zasięgu buta nie ma zbyt dużo ciekawego do zwiedzania (poza tesco), do tego nadciąga jebitna burza, wypatrzona na radarach blitzortung. Niezły armagedon, ale zdążyliśmy wrócić z płynnym złotem. I winem. Nawet jeszcze zdążyliśmy zrobić zdjęcia nadciągającej burzy z południa. To co chwilę później się działo, to już całkiem spektakularny Wietnam. Najpierw deszcz, wiatr, potem jeszcze grad. Burza to swoją drogą. Najgorsze, że wyschnięta ziemia nie ciągnie wody i w przedsionku zaczyna się potop. W namiocie jeszcze sucho, ale nie wygląda to dobrze. Na szczęście dość szybko poszła. Dla spokoju obczajamy znowu radary i nie jest dobrze. Idzie prosto na nas druga, dużo większa, a mapa wyładowań doziemnych nie pozostawia złudzeń - będzie jazda. Na imprezę wpada ok 19. Z miejsca robi się ciemno prawie jak w nocy, na szczęście zdążyłem wykopać melioracje, która skutecznie odprowadzała wodę do sąsiada. Szczyt inżynierii hydrotechnicznej odjebany kawałkiem listewki.

Węgry camping

Tylko na sklecenie piorunochronu nie starczyło czasu, tak leżeliśmy sobie w namiocie z pół godzinki, otoczeni piorunami walącymi z każdej strony, po braku odstępu między uderzeniem a grzmotem i sporadycznym piszczeniem w uszach, przypuszczam, że było całkiem blisko kilka razy. Ale w końcu i druga sobie poszła, teraz można na spokojnie dopić browary i pomyśleć nad trasą na kolejny dzień. A trzeba przestrzelić przez Chorwację do Bośni. Korzystając z neta szukamy jeszcze campingu w okolicy, którą chcemy osiągnąć wieczorem, żeby uniknąć szukania spania w nocy. Aha, byłem jeszcze zapłacić za camping dzisiaj. Dwie osoby, dwa dni, moto i jeden namiot - cena z camping 15 620 forintów. Najdroższy nocleg ever. Czas spać.

pole namiotowe węgry


Dzień trzeci :

Uciekamy przed deszczem. Do Bośni

Zbieramy się z rana po wczorajszym lenistwie. Poranek nie najgorszy, ale pogoda dalej taka sobie. Śniadanko przed namiotem i pakujemy nasze m1 na dzika. Tempo pakowania przyspiesza przelotny deszczyk. Plan na dziś jest prosty - przestrzelić przez nudne jak cholera madziarsko, później przez Chorwację do Bośni i tam szukać noclegu. Trasa wydaje się banalna, więc dalej ambitnie jedziemy na mapie. Jest po 10, ruszamy. Podjeżdżam pod cieciownie ze szlabanem, mijam z 5 złomboli w polonezach, pokazuje, że zapłaciłem haracz i możemy jechać. Kilka słów ze złombolami i jesteśmy w trasie.  Nie wiem czy z nudy, czy z widma spierdalania przed deszczem mylę trasę i właściwie lądujemy na starym szlaku, którym chciałem jechać wcześniej. W sumie dobrze - resztę dystansu pokonaliśmy bocznymi drogami, z ciekawszym widokiem i zdecydowanie mniejszym ruchem. Spoko. Przy okazji przywracania navi do łask,bawi mnie widoczek busa z 15'toma harasami na lawecie, heh, bananowa turystyka :D Widoczek kropelek deszczu na wizjerze, bawi mnie jednak coraz mniej. Też trzabyło jechać busem...

Bośnia i hercegowina

Śladem kul na murach

Ciśniemy. Granicę przekraczamy w Barcs, tam też jeszcze zatrzymujemy się na kawę i tankowanie pomarańczy.  Na granicy trochę sajgon, ale jakoś poszło, nawet bez zdejmowania kasków. Jedziemy, przejeżdżamy most z ogromnym korkiem od strony chorwackiej, granica, kontrola, jedziemy dalej. Oczywiście deszczyk jedzie z nami, jest normalnie jak zajączek robiący jeżyka w tym znanym kawale - masz go powoli dość. Ale jest fajniej. Nawet Fajnie. Drogi fajne, tempo nawet bardzo, widoki ciekawe. W końcu są góry, są kamieniołomy, są też domy. Domy pamiętające ostatnią wojnę, jedne odbudowane i zamieszkane, ale z setkami dziur po kulach na murach, inne całkiem nowe oraz ten trzeci typ - te podziurawione jak sito, pozostawione, puste. Dają smutne wyobrażenie jak zaciekłe walki toczyły się w tych miejscach. Jeśli spodziewasz się, że skończyło się na serii z AK pod oknami, to się trochę zdziwisz. Jak ja.

Chorwacja i Bośnia

Parkowanie na ścianie

Po drodze łapie nas dość mocny deszcz, chowam się na przystanku, przeczekamy największą ulewę.  Przez Chorwację mamy niecałe 200km do przejechania, droga idzie bardzo sprawnie, więc możemy sobie pozwolić na chwilę pauzy. Na szczęście szybko przeszła. Lecimy dalej. Zanim przekroczymy kolejną granicę mamy zamiar jeszcze coś zjeść. W miejscowości Kosovac, przy skręcie w stronę granicy z BiH zatrzymujemy się na pizze. Jakoś udaje mi się dogadać i zapłacić euro, chyba nawet mnie nie okantowała kelnereczka. Żarcie dobre, ceny też, nie bardzo jest coś wartego wzmianki. Poza jednym knedlem. Czechem znaczy się. Trzech podstarzałych gości na starych dżapsach też zamierzało skręcić w stronę granicy, w lewo. Tylko jeden gapa był. Pierwszy wyhamował, skręcił, drugi też. Trzeciego pozamiatało. Patrze - myślę będzie szlif, nie, bardziej highside teraz. Nie, wyjechał z drogi ( bardziej wyleciał) staranowł krzaki w ogrodzie i przydzwonił w dom. Komicznie wyglądał taki wkomponowany w zieleń, dalej na kołach i próbując wycofać. Na szczęście bez ofiar, koledzy na szybkości go wydobyli, pojechali dalej. Powłóczyli. Mijaliśmy ich w połowie drogi do granicy, jak zakładali kondomy przeciwdeszczowe na widok kolejnej, jebitnej, czarnej chmury. Ja uznałem, że redukcja + lewy to lepszy sposób na pozostanie suchym. Miałem rację. Odstać swoje na granicach i jesteśmy w Bośni i Hercegowinie.

Kanion Vrbas

Pierwsze wrażenie dupy nie urywa, tym bardziej, że przed Banja Luką znów zaczyna padać. Mamy obadany spoko kamping, trzeba tylko zatankować, przebić się w tym nocnym deszczo-wietnamie przez miasto i w kanionie znaleźć to czego szukamy. Za miastem na szczęście już nie pada, a droga przechodzi w przepiekny kanion Vrbas. A w tym kanionie Vrbas, nad rzeką Vrbas, jest Camping Vrbas. Polecam z całego serca. Jeden z najlepszych na jakich nocowaliśmy, właściciel też latał na moto, przyjazny, ma browary i generalnie cały barek, no jest świetnie, jako coś : Tu jest ich strona . Co było dalej, to osobny rozdział. Aha, ok 20;30 chyba dotarliśmy. Już ciemno było. Dawno.

CDN.

Kamping Vrbas
Camp Vrbas

"Something like apostrof"

Obdarowani deseczką pod stopkę do kata teleport na drugi koniec pola, w róg między białym płotem a urokliwym brzegiem rzeki. Od razu zauważamy post strażackiego żuka z Polszy i Gaza na niderlandzkich blachach. Obok nich trwa zacięta impreza, dwie ławy świetnie zastawione %. Pięciu Polaków, Czech i dla zmyły para ze Słowacji z Gaza. Po entuzjastycznym powitaniu na szybkości rozkładamy namiot i dołączamy do zacnego grona. Odkładanie rozbicia naszego M1 na potem mogło by się skończyć katastrofą budowlaną. Ekipa z Polski to goście z Żukietty, dokumentnie zakręceni, organizujący własną ekspedycję charytatywną :D To chyba najlepsza ekipa jaką spotkałem kiedykolwiek w trasie. Bariera językowa nie istniała, jedynie Słowak z Czechem rozmawiali po angielsku - da fak? W międzyczasie wraz z promilami przybywało nam pocztówek z Chojnowa, a głównodowodzący tłumaczył lasce ze Słowacji, że kurwa to nie jest złe słowo, tylko "kurwa it's .... something like apostrof". Leżymy. Koło 1 w nocy po wyzerowaniu barku wesołego Bośniaka, naszych zapasów alko i energii niektórych towarzyszy idziemy spać. I tak zaczyna padać. W trakcie integracji na polu zameldowała się jeszcze jedna parka złombolowych buraczków maluchem, którzy mijając nas kilkukrotnie odwracali głowę, mając namiot 5m dalej, smutasy. Inni wpadli z bomby poldonem drąc japę, czy mamy alternator do krokodyla. Tak kuwa, trzy.  


Dzień Czwarty

"Jedziemy do Sarandy!"

Poranek patrząc przez pryzmat minionego wieczoru podejrzanie łatwy, łeb nie boli, wstać można, jest dobrze.I rześko. Po moim rumuńskim trybie podróżowania niewiele pozostało. O godzinie, o której teraz wstajemy, byłem już zazwyczaj w trasie, czasami od godziny. Znaczy się o 8 rano. Teraz cieszymy się, jak wyruszymy przed dziesiątą. Albo tylko trochę po. Ekipa Żukietty powoli zaczyna już upychać swoje obozowisko na dachu czerwonego perszinga, my jak reporterzy przed startem dakaru czekamy na odjazd z aparatami w dłoni. Znaczy się u nas to zasadniczo Anka odpowiada za pstrykanie fot. Jurek drajwoholik zagnieździł się już za kierownicą, żegnamy się z ekipą z Chojnowa. Żuczek dziarsko wyjeżdża z kempingu pod stromy podjazd. Na dwójce. Szacun. Mam nadzieję, że udało im się po drodze oderwać Jurka z fotela kierowcy. Inaczej wieczorem byli w Sarandzie. Bez przerwy na sikanie. 

Pole namiotowe Bośnia

Składamy też i nasze obozowisko. Idę zapłacić. Oprócz wesołego Bośniaka  wita mnie buldog francuski. Znaczy coś tam szczeka i warczy, ale pies bez pyska raczej nie ma czym cie ujebać. Rozmawiamy chwilę, łapię kilka praktycznych porad jak nie zabić się na ich drogach ( gość kiedyś latał dużym zygzakiem), płacę i spadam. Ekipa z Żuka chce dolecieć w okolice Kotoru, my przewidujemy na dziś metę w okolicy Mostaru

camping Banja Luka

Mostar. Ciekawe te kontrasty

Po udanym wyjeździe i nie przywaleniu kufrem w bramę ciśniemy przez piękny kanion wzdłuż wijącej się w dole rzeki Vrbas ( miejsce, które naprawdę warto zobaczyć w Bośni), przez góry i małe wioski, sporadyczne tunele w skale. Nigdy o nim nie czytałem, trafiliśmy tu właściwie przypadkiem i polecam Wam serdecznie. Jest ładnie, jest gdzie się przespać, asfalt też fajny. jak dobrze pamiętam, to droga M16 na Bugojno, później Jablanica, Potoci i Mostar. Po drodze zatrzymujemy się na tankowanie gdzieś w górach. Generalnie tu królują Golfy II i stare mercedesy. Łapiąc chwile odpoczynku widzimy jak podjeżdża stara beczka. Jeden reflektor brakuje, poobijany, spod resztki zderzaka wystaje świeżo przybrana kępa trawy. Na dodatek hamulce ma perfekcyjne - żeby się nie stoczył, zwyczajnie zaparł go skręconymi kołami o krawężnik. Tablice to też zbędny balast, a jak wiadomo, masa wrogiem przyspieszenia. Na obiad zatrzymujemy się w Mostarze. Miasto jakoś dupy nie urywa, zmieszane laski w szortach czy mini i duuużych dekoltach kontra te w workach na śmieci. Nowe budynki czy lokale w tle lub pod tymi, które jeszcze są zgliszczami lub sitem po kontakcie z 7,62.  Ceny w sumie jak w polszy. Apropo płacenia jeszcze, w Bośni albo euro albo ichniejsza Marka Zamienna, kartą raczej nie zapłacicie w restauracji (stacje benzynowe bez problemu), przelicznik mają z euro dobry, za to z bankomatami trzeba uważać, bo niektóre mają złodziejską prowizję! Niestety próbując w osiedlowym sklepie obok uzupełnić zapasy śniadaniowe udaje mi się upolować tylko chleb i wodę. Z konserwami czy podobnym prowiantem niestety słabo.

Żukietta Chojnów
Żukietta z Chojnowa

Korzystamy z wifi w restauracji, Anka wyniuchała kilka campingów w miejscowości Blagaj, gdzie jak się okazało jest ich masa. Obieramy na cel Autocamp Blagaj. Tak obczajając jeden za drugim w końcu wracamy się do początku miejscowości i jedziemy sprawdzić ten Autocamp. Wita nas jakiś starszy nachalny naganiacz, ale wjeżdżamy dalej. Camping generalnie nastawiony na niemieckie campery. Wychodzi do mnie podstarzała blondi z dość poważnymi brakami w uzębieniu. Rozumie po polsku, odpowiada po swojemu. Generalnie ładnie, jest barek, kible, rzeka i rowerki wodne na dole, ale ceny dość wysokie i generalnie ciasno, możemy się rozbić między camperami, albo taniej, za 10 euro w kamienistych krzakach za płotem, gdzie do kibla i barku jest z 200m i nikt niczego nie pilnuje. Jakoś słabo. Wracam się ze 200m sprawdzić wcześniej mijany camping. I bingo. Za 10E, za 2 osoby mamy praktycznie pusty, kameralny kamping, również jest barek, w dole piękna rzeka z lodowatą wodą, toalety nóweczki, czyściutkie, pachnące i bez cienia fuszerki, prąd i święty spokój. I bardzo miły właściciel, który lubi ludzi z Polski. Mówi, że w sumie dużo pija, ale wszystko im się podoba i nie marudzą jak Niemcy czy Francuzi.

Camp Grotta
Camping Grotta

Piwo z muezzinem w tle

Korzystając z okazji, że Anka pod prysznicem dosiadam się z piwkiem do Bośniaka i Bajeroka, pogadać po niemiecku. Nie ma lepszego sposobu na szlifowanie obcych języków. Dzień zamyka kolejna partia ludzi z Polski w ilości sztuk trzech, ale już bez integracji. Siedząc tak wieczorkiem z butelką lokalnego piwa, z zawodzeniem muezzina w tle, czuję się jak ci goście z amerykańskich filmów z lat '80 siedzący w jakiś Bangokach, Wietnamach czy innych Irakach pijący browar w dusznych hotelach.Czas spać. 

Kamping Mostar


Dzień Piąty

Pierwsze problemy. Nie ma prądu.

Poranek znów trochę chłodny, ale wstające słońce szybko nas ogrzewa. Przy śniadaniu i porannej kawie, weryfikujemy odległości na mapie, dokąd jesteśmy w stanie dojechać i gdzie znajdziemy miejsce do spania. Obozowe wifi również pomaga zaplanować dalszą część trasy. Krótko po 10 ruszamy. Znaczy my chcemy ruszać. Tylko KTM nie chce. Wczorajsza jazda z wentylatorem non stop, wieczne odpalanie i gaszenie moto podczas szukania noclegu i wreszcie zostawiona ładowarka w kufrze na całą noc skutkują złowieszczym "trrrr" wydobywającym się z przekaźnika przy próbie odpalenia. Kurwa. Próbuje wyjąć bezpiecznik od świateł i tak spróbować. Zapomnij. Właściciela nie ma, sprzątaczka nie kuma, na popych nie damy rady - dwa jebitne tłoki nawet na 3 biegu nie pozwalają pokonać kompresji. Górki nie ma, do pchania nikogo. Nie widzi mi się zdejmować kufrów do prób pchania, idę szukać prądu.

Pole namiotowe Bośnia i Hercegowina

W pensjonacie obok wyjmujemy akumulator z agregatu i po chwili udaje się odpalić na kable. Uratowani. Po 15 minutach chcę sprawdzić czy wszystko wróciło do normy, gaszę moto -  dupa, nie odpali. Znowu na kable. Konsternacja. Właściciel pensjonatu dzwoni do autoelektryka w Gnojnicy, niby aku do mnie 20 euro i że sprawdzą ładowanie i mój aku. Taa, 20euro, u nas najtańsza bateria do dzika to minimum 200-300 ziko. Ryzyk fizyk, jedziemy do Czarnogóry. Paliwa mamy na ponad 100 km, jeśli się nie naładuje, wtedy będziemy się martwić, jak coś zatrzymujemy się tylko tam, gdzie ktoś nas popchnie albo pożyczy prądu.

Czarnogóra

Kilkanaście km od granicy zatrzymujemy się na tankowanie. Chwila prawdy. Odpali? Odpalił. Jest dobrze. Jedziemy z Gacko na Trebinje, żeby tamtędy przedostać się do Boki Kotorskiej. Z kuframi ciężko mi się pchać do szlabanu i tak gaszę i odpalam moto po co chwilę. Granica, ziemia niczyja, znowu granica. Jesteśmy w Montenegro. Kilometr może i znowu stoimy. Da fak. Bramki na których pobierają jakieś myto, 1,5 euro od moto. Zgasiłem moto na kill switchu, ale głupi zostawiłem włączoną stacyjkę. Zanim się skumałem o co im chodzi, wygrzebałem hajs i zapłaciłem, światła i wentylator znowu wycyckały aku. Faken no. Wypycham moto spod szlabanu i próbujęmy z Anią na popych - dupa i w dodatku mokra bo zaczyna padać. Na szczęście obsługa bramek pomogła wepchnąć moto na zamknięty, zadaszony pas i odpalić na popych. Nie ma żartów, jedziemy do Herceg Novi i szukamy nowe aku. Przemoczeni od tego pieprzonego deszczu zatrzymujemy się pod auto elektrykiem, pożyczam multimetr - kurde no, aku trzyma parametry bez/z obciążeniem, ładowanie w całym zakresie idealne.Hm. To nic, pies to jebał, jedziemy dalej z tym co mamy. Do końca wyjazdu już bez numerów.

Adriatyk

Zatrzymujemy się kawałek dalej na obiad w przydrożnym barze, korzystając z mulącego wifi obczajamy kampingi w Budvie. Niedaleko znajduje się Jaz Campground. Trafić łatwo, ale na miejscu syf straszny. Pole to opuszczony kilka lat temu camping, obecnie to darmowy parking. Możesz zaparkować i rozbić się gdzie chcesz za darmo, ale na własne ryzyko. Ilość śmieci, rozjeżdżone trawniki, błoto, obśmierdłe i dodatkowo płatne kible dopełniają obrazu. Plaża jest wielka, piękna, dużo klubów i restauracji, ale za dużym wałem. Żaden relaks siedzieć za nim czekając aż ci ojebią fanty z namiotu. Jedziemy dalej.

W miejscowości Sv. Stefan trafiamy na bardzo fajny camping Crvena Glavica. Recepcja i kible pamiętają wczesną komunę, chociaż są sprzątane regularnie, ale namioty rozbijasz na tarasach w gaju oliwnym, na 30 metrów od urwiska za którym jest już tylko Adriatyk. Bajka. I koty. Ania jest w niebie. Z każdej strony lgną do nas młode kociaki, szczególnie jeden - przychlastek, który śpi w naszym przedsionku. Kilkaset metrów dalej znajduje się ich restauracja na plaży (kamienistej) ale ładnej. Jest też zejście do wody ze skały, bo z brzegu to masochizm.  Cholernie klimatyczne miejsce. Wyskakuje jeszcze na małe zakupy na jutrzejsze śniadanie i winko na wieczór. I w końcu mamy piękną pogodę! Lubię takie pół dzikie miejsca.

Kamping Crvena Glavica


Dzień szósty:

Plażing smażing

Spodobało nam się to miejsce od razu. Piękny poranek po bardzo ciepłej nocy spędzamy na spokojnym śniadaniu, gdzie za stół służy nam standardowo kufer z ktm'a. Do tego najlepsza kawa, bo zrobiona na kuchence turystycznej i konserwy, dżemiki i świeże warzywko. Michelin *****. Razem z nami spały koty, znaczy się w przedsionku. Od rana łaszą się po jedzonko i pieszczoty, przychlastek tak się z nami zakolegował, że wiecznie próbuje wpakować mi się do sypialni - no aż tak dobrze nie ma. 

pole namiotowe czarnogóra budva

Na przeciw nas obserwujemy matkę z małym smarkiem, który w czasie kiedy ona opróżnia lodówkę i ladę kramiku, który chyba jeszcze ze 2-3 dni temu działał, sądząc po stanie owoców, młody ciepie kamieniami w nasze koty. Krótkie " Ej!" i pogrożenie palcem, na chwilę uspokoiło małego pacana.  Lampa już wysoko, grzeje solidnie. Leżymy pod drzewkami oliwnymi w cieniu i razem z Przychlastkiem myślimy gdzie dalej ruszyć jutro. Niestety na Macedonię i Albanię nie wystarczy czasu. Decydujemy, że jedziemy w Durmitor, a kolejnego do Serbii jak najdalej uda nam się dotrzeć. Ale to jutro. teraz zbieramy się na plażę. Trzeba przejść kilkaset metrów, bo strome urwisko obok nas nie daje zbyt wiele szans na zrobienie sobie skrótu. Widoki w końcu zapierają dech w piersiach, deptanie po kamienistej plaży też... Jak debil próbuję wejść na nogach do wody, niestety silne fale i duże, śliskie kamienie na dnie skutecznie mi to utrudniają. Wypatrzyłem drabinkę na skale obok restauracji. Nic, idę tam.

Adriatyk czarnogóra

Przy wejściu siedzi właściciel kempingu, w sumie za każdym razem jak go widziałem, tak i teraz coś wpierdala. Pyta: Ruski? Nie, z Polszy... Aaa, mówi : musisz na dupie się próbować zsuwać, a potem już jest głęboko i luzik. No myślę ma to sens. Próbuję jeszcze raz. Udaje się. Woda cieplutka, ale przesolona jak na mój gust kulinarny. I tak nie wyjdę. Za przyjemnie tu. No i brzeg do dupy.  Ania raczej nie ma ochoty na konfrontację z falami i brakiem dna pod nogami, ale pozując do zdjęcia i tak obrywa w japę dupną falą :D Mimo wszystko, plaża jest cudowna, a restauracja bardzo klimatyczna. Tylko ceny. Dżizas. 2,5Euro za małe piwko, 10E za możliwość posadzenia dupy w ilości sztuk dwie na leżakach. No no, aż takie fajne nie są. Kilka samojebek i wracamy powoli do namiotu pomyśleć nad obiadem.

Plaża budva sv stefan 

Stary człowiek i może

Myśląc w przód, kombinuję jak tu wino na wieczór schłodzić, bo ponad 30 stopni to jednak za dużo. Nalewam do worka wody i próbuję powiesić na krzaku, ale dziura za dziurą, no ni chuja. Obserwuje mnie para holenderskich geriawitów (tak 70+ ), którzy jadą sobie starym volvo do Grecji. Gość wręcza mi plastikową miskę żeby móc schłodzić te dobroci, po czym oświadcza, że mogę oddać rano, bo oni jadą teraz na plażę. Powiem wam szacun dla takich ludzi. Oboje już w dość podeszłym wieku, jego zona już ciężko o kulach chodziła, a dalej jeździli z NAMIOTEM. Pomijam już fakt, że oboje mówili po angielsku i niemiecku. 

bałkany na motocyklu

Dobra, wino się chłodzi, czas pojechać gdzieś na obiad. Zbiera się na deszcz, ale jakoś idzie bokiem, to jedziemy. Trafiamy do bardzo fajnej i przyzwoitej cenowo restauracji. Kelner bardzo wyluzowany, jedzenie pyszne, Anka standardowo Caj do tego, bo podobno też szpica. Mniejsza o to. Targamy niezła bekę z rodzinki czy dwóch, która wpada cała chmarą i się zaczyna: Wchodzą do środka - nie. Wychodzą. Na zewnątrz. Przestawiają stoły, biedny kelner razem z nimi. Za chwile nie. Bo może padać. Przestawiają wszystko pod namiotem. Sajgon. Kilkanaście stolików poprzestawiane. Dupa. Wylazło słońce. oni wychodzą pod wielkim dębem się rozłożyć. Po minie kelnera jestem pewny, że musieli im się zwalić potem do żarcia, no nie ma opcji.  A jest też wifi, zaciekawiony o co chodzi, proszę Ankę o sprawdzenie, jak wysokie są mandaty w Czarnogórze. Po drodze na obiad, bagiety shaltowały gościa, który w zabudowanym jechał przede mną jakieś licznikowe 55 na 50. Wszystko jasne. Przekroczenie w zabudowanym o 1 km/h do 100 Euro. Ała. Resztę se sprawdźcie. 

Boka kotorska bałkany
SV Stefan nocą

Resztę wieczoru spędzamy bycząc się przed namiotem w towarzystwie kotów, później na plaży przy restauracji, która wieczorem nabiera wręcz magicznego klimatu, by na koniec wrócić do kotów i do naszej wspaniałej buteleczki wina. Piękny wieczór.


Dzień siódmy : 

Czas pożegnać Adriatyk

Nie bardzo chce nam się jechać. Szkoda nam zostawiać te piękne morze i Przychlastka. Najmniejszy z miotu, trochę zdominowany przez silniejsze rodzeństwo, chociaż najsprytniejszy. U nas bezpiecznie spał sobie w przedsionku. Wolę psy, ale tego jednego bym przemycił do domu. Zbieramy się. Akumulator w kacie już nie robi sobie jajec, pali od strzała. W recepcji płacę, chcemy uciekać, na szczęście facet przytomnie wybiega z Anki dowodem, zapomniałem zabrać. Na granicy byłoby wesoło.  Dziś wycieczka krajoznawcza, przez Podgoricę na Kolasin, bardzo fajną drogą M2.

Bałkańskie koty
Koty na campingu Crvena Glavica

Po drodze spotykamy wypasionego Serba na venturze. Nie wiem co ważyło więcej, moto czy kierownik. Gadamy chwilę na tankszteli, w dodatku przypałętał się do mnie piesio. Niestety przylazły też osy, które jadą z nami od początku.  W miejscowości Mojkovac odbijam na drogę prowadzącą wzdłuż przełomu Tary. No i tu wam powiem, że po drodze widzieliśmy ładniejsze kaniony. Durdevica Tara, most faktycznie duży, ale dla mnie bez klimatu. Masa ludzi, pełno straganów, co kawałek tyrolki. Obok mostu spotykam dwie pary z Polski podróżujące na Caponordach. Gawędzimy chwilę. Jednak da się podróżować czymś innym niż GS.  No odhaczone, możemy jechać dalej.

Psy na bałkanach
Słynne, groźne bałkańskie psy...

Jedziemy do Żablijaka, robi się dość późno a trzeba znaleźć nocleg. Kierujemy się na Auto Camp Ivan Do. I to miejsce też wam mogę z czystym sercem polecić , w linku TUTAJ znajdziecie namiary. Jest WiFi, Czyste, nowe kibelki i prysznice, młody Bułgar, który obsługiwał camping spoko po polsku rozmawia. I to najtańszy nocleg podczas całego wyjazdu - 7E za 2 os. W dodatku z 5 minut drogi stąd jest Czarne Jeziorko, nad które polecam się przespacerować :)  Rozbijamy nasze M1 i wracamy do Żablijaka na obiad. Biorę sobie Cevapi z frytkami, Anka to samo i chyba szopską sałate wcinamy. Podobno bardzo dobry ser, nie wiem, nie znam się. Ale generalnie smacznie, tylko kelner jakiś taki przyjebany. Ogólnie mam wrażenie z MNE, że obsługa na stacjach paliw i w niektórych restauracjach, powiedzmy była mocno na dystans. Robimy jeszcze zakupy w markecie - ceny w porównaniu do tych w okolicach Budvy czy Sv. Stefan - przepaść, duuużooo taniej, mimo, że to też turystyczna miejscowość.

kamping durmitor motocykle

Wracając jest już całkiem chłodno. Chowamy piwko do namiotu i idziemy nad jezioro. Fajne. Dupy nie urywa, ale ładnie, cicho, góry w tle. Robi się coraz chłodniej. Dzisiaj w nocy nie będzie 20 stopni. Nie będzie nawet połowy z tego. 

Camping Ivan Doo

Wieczór jest już bardzo chłodny, po cieple znad morza nie ma już śladu. Po kotach też. Tu rządzą psy. Konkretnie trzy, z czego dwa to chyba przybłędy. Jeden też nam się instaluje w przedsionku. A niech ma borok dach nad głową tej nocy.  Przy piwku planujemy kolejny dzień, po wyczerpaniu zapasów i pomysłów, staje na tym, że przez robimy z rana Durmitor, a potem do Serbii, przez Prijepole i Kraljewo jak najbliżej bułgarskiej granicy. Taki jest plan. Dobranoc. Ale pizga.

Czarne jezioro Żablijak
Ania znad Czarnego Jeziora

Dzień ósmy:

Powiało chłodem

Poranek raczy nas czymś z pogranicza rześkości i pizgawki, kontrast między wczorajszym początkiem dnia jest ogromny - jest jakoś z 15 stopni mniej albo i lepiej. W nocy temperatura spadła do ok 5*C. Wczoraj było ponad 20... Gotuję wodę na kawę w przedsionku naszego namiotu, w którym nieśmiało w kącie leży pieseł, przybłęda, który znalazł sobie przytulne miejsce na nocleg. Śniadanie jemy przy okrągłym stoliku, wokół którego przesuwamy się razem z wędrującym słońcem. Delikiatnie zaczyna grzać, w cieniu nadal zimno jak pieron. Obok nas w trasę rusza ekipa na nowych giejesach i multistradzie. Piękne, nowe turystyki przyjechały tu o własnych siłach. Nie no, na poważnie to na lawecie. W sumie dobrze, że na niej się nie zepsuły po drodze. 

Pole namiotowe zablijak

Obserwujemy jakąś parę bezdomnych Szwajcarów w naszym wieku ( no tak wyglądają), parę Polaków, którzy wczoraj chyba pierwszy raz w życiu rozkładali namiot i pole zimowitów. Normalnie se rosną jak krokusy na wiosnę. Zbieramy nasz wigwam bardzo sprawnie, w końcu mamy już temat opracowany przecież. Idę jeszcze zapłacić naszemu wesołemu Bułgarowi. Gość chyba zakochał się w Katji bo powiedział, że za moto nie kasuje. A może to przez to, że od rana w recepcji stała rakija, co chwilę rozsypywana do kielonów... 

park durmitor

W końcu atrakcja turystyczna, która robi wrażenie

Czas na nas. Jedziemy najpierw w Durmitor. Trochę musimy się wrócić, ale mamy nadzieję, że warto. Zdecydowanie. Mijamy sporo motocyklistów z naprzeciwka, w końcu skręcamy w wąską drogę wiodącą przez park. Bajka. Góry robią piorunujące wrażenie. Tak jak mijanie wojskowych ciężarówek na wąskiej, krętej drodze, jadąc od strony urwiska, pół metra od krawędzi. Jak na złość, kamerka świruje pawiana. Najładniejsze miejsce jak na razie i nagranie przepadło. Nosz kurr.. Za to mamy parę samojebek. Ale to dobrze. Najpiękniejsze zdjęcia i tak zostają w pamięci, dla nas. Jak ktoś chce zobaczyć, to niech też tyra w deszczu tak jak my - a co!

Durmitor motocyklem

Serbski wpierdol

Dobra, teraz już koniec zabawy, czas na kolejną granicę - Serbia.

Głupi chcę pojeździć tymi "żółtymi" drogami, żeby zobaczyć jak tam ludzie żyją i uniknąć ruchu. Z początku jest fajnie, ale za nami gdzieś widzimy już burzę. Podczas krótkiej przerwy mówię do Ani, że motocykliści którzy nas właśnie mijali z naprzeciwka pewnie się w to wjebią. My jedziemy w stronę słońca. Tak. Takie słońce jak ten z Korei albo Żoliborza. Czarna dupa. Po chwili odbijamy w prawo, przez tamę, znowu w prawo, w lewo, serpentyną i już jedziemy po prawicy ołowianej chmury. Gdyby jeszcze Karolek z nami jechał, to bym zrozumiał skąd ten deszcz. Zaczyna padać. Jedziemy dalej. Już leje. Jedziemy dalej. Żadnego miejsca, żeby się schować, założyć kondoma, nic. Jedyna nadzieja uciec spod tego. Nie da rady. Leje i do tego zaczyna walić gradem. Zatrzymuję się pod drzewem, żeby chociaż założyć pokrowiec na tankbaga. W dole machają do nas pracownicy tartaku. Jedziemy się tam skitrać. Anka wskakuje do hali, ja ratuje z moto co się da, dokumenty, mapy, telefon, chociaż on już na kurs nurkowania się zapisał. Przemoczeni jak szczury przeczekujemy najgorsze i uciekamy dalej. I jeszcze Ania plecak zapomniała, na szczęście szybko się skapnęliśmy. Zanim udało się dotrzeć do Kraljewa, gruba rozkmina gdzie oni do cholery tankują? Tu nic nie ma przez kilkadziesiąt km.. Swoją drogą Serbia najbardziej mi przypomina Polskę jak dotąd. I ludzie w porównaniu do Czarnogóry dużo bardziej życzliwi i przyjaźni mi się wydają. 

Atrakcje czarnogóra durmitor

Chcieli dobrze

Wjeżdżamy do miasta i jest - restauracja z wifi rifi, no. Bo już 17. Albo 18. Parkujemy przy ogródku piwnym i debatujemy nad mapą, w Stanisici widzimy ze 3-4 zaznaczone pola namiotowe. Jak gdzieś było jedno na mapie, to w rzeczywistości z pięć. Myślimy - jest dobrze. Od razu trzech gości odrywa się od piwa i proponuje swoją pomoc. Chętnie korzystamy. Wynajdują, że we wspomnianej przez nas miejscowości napewno będą pola namiotowe. No przynajmniej powinny być. Zamawiamy obiad, Anka robi siku i do dziś nie wie gdzie była spłuczka. Potem lecimy zatankować i do Stanisici. Mamy 30 km, więc luzik. Kelner wymienia mi 10 Euro na dinary, gdyby na kempingu nie chcieli euro i lecimy. Tylko czemu navi mówi, że te 40 km to ponad godzina? Hmm, coś tu śmierdzi i to wcale nie mój bączur tym razem. Za miejscowością Vrnjacka Banja wszystko się okazuje. Jedziemy nocą przez las, górzystą drogą, zakręconą jak świński ogon i z piaskiem lub żwirem na zakrętach. I nikogo oprócz nas. Będzie chujnia, czuje w kościach. 20km takiej przyjemności po całym dniu jazdy, żeby nic nie znaleźć. Jest jakiś ośrodek kolonijny, ale woźny z gatunku tych granatem od pługa oderwanych, nie daje opcji na namiot, pokój, nic. Mimo, że ośrodek na kilkaset osób stoi pusty. Jest tylko on i dwa psy. Za górami już widać nadchodzącą burzę, a my decydujemy się wracać do Banji. Trzeba wyschnąć w końcu, znaleźć jakiś pokój. To szukamy. Szyldy jakoś poznikały, wszędzie było "sobe" a teraz zostało chyba "sobie radź sam". Wbijam do małego sklepiku i pytam babke o noclegi jakieś. Telefon do męża, ich znajomy coś wynajmuje. Idę powiedzieć małej, w tym momencie podjeżdża mąż sklepikarki, i oznajmia, że niestety apartament wynajęty. Ale tu, 150m w prawo jest willa coś tam coś tam, spróbujcie. No to próbujemy. W tym momencie podchodzi do mnie gość ok 60'tki. Wypytuje skąd jesteśmy, czy znam rosyjski. Mimo przeczącej odpowiedzi, on gada po rusku, ja po swojemu, rozumiemy się jakoś. I pada pytanie coś w stylu : Jak w polszy, lubicie Putina? Chciałem wypalić, że jasne, spoko ziomek, ale se myślę, cholera go wie co w tej Serbii mają za stosunek do nich, nie czytałem. Wymijam odpowiedź, też wzruszył ramionami. Jadę pod tą willę, Ania już nie ma ochoty gramolić się na moto, mówi, że się przejdzie.

Serbscy ludzie dobrzy, jak ruscy

Nasz serbski przyjaciel uznał jednak, że pójdzie za nami, w razie gdyby trzabyło pomóc, oświadczył to Ance i pojechał za mną. I tu wchodzę ja. Cały na biało. Dzwonię do drzwi - cisza. 3 piętra niczego. Basen, restauracja, żywej duszy, a furtka otwarta. I słyszę rozklekotany rower po bruku. Gość dotarł mi pomóc. Jak tu ich nie ma, to chodź od tyłu, mówi. To idziemy. Nic. To do sąsiada. Podobno do Niemiec pojechali po sezonie. No to idziemy dalej. Gość niezmordowany szedł ze mną lekko 15-20 minut, w nocy, co chwila pukając do kogoś drzwi z pytaniem o pokój do wynajęcia. I skubany znalazł. Apartament wyjebany w kosmos jak na nasze wymagania w cenie prawie jak za pole namiotowe. Na pożegnanie rzucił " Serbskie ludzie dobrzy, kak ruskie". Co by nie mówić w sumie racja. Każdy zaczepiony lub nie starał się pomóc.  

Taki luksus po tygodniu pod namiotem to dla nas aż dziwne, ale cieszymy się, że nie trzeba się spinać przed burzami, które dziś krążą w około. I nawet moto bezpiecznie przenocowało. Burza jak na złość dziś se dała siana. Jesteśmy tak zmęczeni, że nie chce nam się nawet iść do sklepu po piwo. Heh, Serbia.


Dzień dziewiąty :

Bałkanica. Ci jednak potrafią świętować

Dziś śniadanie jemy jakoś dziwnie. Mamy stół w salonie, kuchnię, wszystko po cywilizowanemu. No trudno. Ale chociaż większość ciuchów zdążyła wyschnąć. Pakowanie na szczęście dziś o namiot i spanie szybsze - i dobrze. Mamy kupę kilometrów do przejechania. Ubzdurałem sobie cztery lata temu, że następnym razem chcę zobaczyć Dunaj od drugiej strony. Nocując nad Dunajem przy drodze 57 w Rumunii obserwowałem barki płynące wzdłuż serbskiego brzegu, nad którym biegnie droga nr 34. Światła aut co chwilę pojawiały się na moście, by za moment stracić się w tunelu. I tak cały czas. Dzieli nas od tego miejsca około 300km. Niby niewiele, ale jak jesteś od kilku dni w trasie to już jakiś dystans jest. 

Serbia park derdap

Ruszamy koło 10. Po chwili już się zatrzymujemy. Musimy przecież skosztować w końcu burek z mięsem. Zatrzymuję się obok piekarni, proszę o dwa burki na miejscu. Sprzedawczyni podgrzewa, przynosi nam do stolika, pełna kulturka. W tej chwili gość w skodzie wymusza pierszeństwo na skrzyżowaniu. W wyniku starcia stare Yugo traci lusterko. Chwila konsternacji. Winowajca wychodzi z auta, podchodzi do dwóch młodych ziomków w Yugo, przeprasza, poklepali się po plecach, luzik. Rozejść się. Fajnie tu mają, myślałem że zaczną się napierdalać a tu znowu, kulturka.

Ruszamy, kawałek dalej znowu szok. Cała miejscowość zamieniona w festyn. Ogromne grille zasypane przeróżnym mięchem i kiełbadronami, całe krowy, świnie, kozy - kręcą się na ruszcie. Dla nas, przyzwyczajonych do festynów z dwoma food truckami i grillem pod namiotem niezły zonk. Dwie wiochy dalej powtórka. Mają rozmach...

My za to dziarsko ciśniemy dalej. Bo trzeba znowu zmoknąć i się wysuszyć, a co. Jak już wylazło słoneczko, zjeżdżamy na na stację nakarmić Katję. Przy okazji obserwujemy dwóch narwańców walących kilkukilometrowe gumy na starym zatyranym xt 600 i LC4. Bez kasku. W krótkich spodenkach i trampkach. Prze katy.

Serbowie znowu dają tu wyraz swojego przyjaznego nastawienia. Wystarczyło chwilę się pieprzyć z wtyczką od ładowarki przy kufrze by sprowokować przypadkowego Serba do pytania, czy nie potrzeba coś pomóc. Wcinamy lody, przy okazji zamieniając kilka słów z kasjerem, który wylazł na fajka i bajerę. Fajnie. Dobra, ciśniemy.

kamping Toma serbia

Nie bardzo jest się już co rozpisywać nad drogą. Jest dobry asfalt, ale widoki się kończą. Robi się płasko, zwyczajnie, jedziemy dość szybko. Raz mylę drogę, nadrabiamy 40km. No trudno. Zajecar, Negotin, wreszcie Kladovo. Tu kończy się nuda. Robimy chwilę przerwy na parkingu. Anka idzie uzupełnić zapasy, ja szteluje kamerke i naprawiam ktm'a. Gdzieś po drodze wypluł zatyczkę od podciśnienia z wężyka. Wpakowałem kawałek patyczka, działa do dziś.  Pełno tu rumuńskich tablic, widać chętnie przeskakują granicę w weekend. My ruszamy w kierunku Parku Narodowego Derdap, gdzie czeka na nas ponad 20 tuneli, mosty, ruiny zamków, Iron Gate i piękne widoki na płynący w dole Dunaj. Jest już dość późno, a przed nami jeszcze ok 100km do miejsca, w którym chcemy się zatrzymać na noc. Na szczęście niewielki ruch, dobry asfalt i humor dość szybko gonią nas na miejsce. Przejechaliśmy chyba 26 tuneli, widzieliśmy przyczepy kempingowe w najbardziej absurdalnych miejscach, teraz czas na znalezienie czegoś do spania. Anka znalazła dwa kampy : Jeden Asin, standard widać bardzo wysoki i średnia ocen 4,9 w googlu, i drugi, Toma. Tu nie ma co liczyć na wygody, co prawda jest kibel, ciepła woda, nawet srajtaśma. Ale też wczesna komuna, pierdolne włochate ćmy i kilogramy pająków. I 10E za dwie osoby, nie tanio. ALE jest na polanie bezpośrednio nad Dunajem, można zejść do wody, jest klimatycznie, do tego jest taras na rzece i chyba zapuszczona knajpka, w której siedział chyba właściciel z lokalesami. Mieliśmy jechać na Asin, ponieważ Toma oficjalnie od kilku dni już po sezonie. Uznałem, że i tak warto spróbować - jeśli będzie właściciel to dobrze, jak nie to na partyzanta śpimy. Ja chce nad Dunajem. I ch. 

Jak widzicie nocleg udało się nagrać, to teraz obiad. Tylko gdzie. Właściciel kieruje nas do swojej knajpy 5km dalej. Wyboru specjalnie nie mamy.

Powiem tak. Knajpa nie wiem jak funkcjonuje. Wygląda, że lata świetności ma już za sobą. Tak z 10 lat za sobą. Szukam stolika w fajnym miejscu - pierwszy poplamiony obrus, drugi z dziurami, myślę - tam na tarasie będzie lepiej. To samo. Ok. Może jedzenie będzie lepiej wyglądać. Mieszanką jugolskiego, polskiego, niemieckiego i angielskiego zamawiamy obiad - Anka bierze rybę (nawet dwie dostała), ja mieszane mięso. Najbardziej zapyziała knajpa, najdroższy obiad na wyjeździe. Nie chce wiedzieć jak wygląda w kuchni, bo pewnie biegają tam takie dupne karaluchy, że śmiało można z nich robić mielone, ale żarcie pierwsza klasa. Tak poważnie teraz, dobre było i duużo. Oprócz nas tylko 2 gości z Rumunii, którzy właśnie się zbierają.  Trochę podejrzanie to wygląda, w środku za barem zamiast alko leżą rozwalone obrusy, kasa leży na stoliku obok. Po drugiej stronie spotyka się kilku gości - samymi nowymi mietkami i bawarami. Nie wnikam, Anka mówi mafia i pralnia hajsu. Ja mam to w dupie, płacę, biorę browary na wieczór i wracamy na kemping. Po drodze zastanawiamy się, czy nas w nocy na części nie rozbiorą, bo prawdopodobnie sami będziemy nocować na tym małym odludziu a towarzystwo podejrzane. Na szczęście na miejscu zainstalowała się para w T3 z Austrii, kamper z Francji i para z Niemiec, która od 5 tygodni płynie kajakiem do ujścia Dunaju. No to luz. Sama miejscówka za klimat i widok 9/10. Jeden punkt odpada za te jebane komary. Czas na zasłużony browar w tych pięknych okolicznościach przyrody. 


Dzień dziesiąty. 

Rześki poranek z kubkiem gorącej kawy, zaparzonej w nasz ulubiony sposób urozmaica nam dzisiaj ciekawe wydarzenie. Żegnamy Sarah i Martina - parę kajakarzy poznanych wczorajszego wieczora. Wraz z Austriakami robimy im zdjęcia, do których pozują robiąc kółko na wodzie wśród porannej mgły. Jest to jeden z tych momentów, które najbardziej lubisz w podróżach - poznawanie podobnie zakręconych ludzi. Zawsze się wtedy zastanawiam, kiedy znowu się spotkamy? Świat z każdym przejechanym kilometrem robi się mniejszy. Albo większy. Tak na przemian....    

Dunaj o tej porze dnia to kolejne z magicznych miejsc na mojej mapie. Wędkarze ledwo widoczni w małych łódeczkach we mgle, gdzieś daleko po drugiej stronie moja Rumunia, kubek kawy, chociaż już trochę zimnej. trza kupić jakiś termiczny.

Dunaj serbia motocyklem
Dunaj o poranku

Trochę szkoda jechać dalej, przed nami zostały już tylko nudne Węgry, Słowacja i Czechy. Może maja coś w sobie te kraje, niestety nie po trasie naszego tranzytu. Czas w drogę.  Granicę z Węgrami będziemy przekraczać w Bacsalmas. Po Serbskiej stronie poziom wyjebki jest kosmiczny. Pogranicznicy nawet nie mają ochoty wyłazić z kontenera robiącego za prowizoryczną granicę. Bierzesz dokumenty, podchodzisz do okienka, otwierają ci szlaban i jedź se. Tylko celniczka z początku groźna roześmiała się serdecznie, jak katja kanonadą z mivv'ów odgoniła bezpańskie psy. Przetaczamy się przez rozkopany plac budowy, z którego powstaje nowe przejście po stronie Serbii, do przejścia z madziarami. Tu zwrot o 180*. Kamery na masztach, płot, zasieki, potężna brama, kontrole bagażu. Jedyna granica, na której musimy zdejmować kaski. Myślę se - no szpica, jak zacznie grzebać w tych kufrach to sie do wieczora będziemy pakować. Na szczęście wystarczyło odpowiedzieć po polsku na pytanie czy coś mamy : Jedno piwo. Małe. 

Bałkany na motocyklu

Dobra, w końcu można jechać nad ten Balaton. Byle nie zabulić jak pierwszego dnia. Zaczynam całkiem zdrowo nadrabiać czas prędkością. No do czasu, aż motocykliści nie ostrzegają o kontrolach prędkości. W autach nikomu się nie chciało. Niestety niedziela była chyba dniem polowania, ale jakoś udało się zawsze wyhamować. Po drodze Anka mi ryje w kask - Jeeeeeśćć! W końcu znajduję restaurację. Opłacało się przeciągnąć trochę km na głodzie - jedzenie, obsługa - pierwsza klasa! Do tego cenowo super nawet na nasze dziurawe kieszenie. I można po ludzku porozmawiać z kelnerem czy lokalnymi motocyklistami, po niemiecku. Tym razem Anka wynajduje kemping sprawdzając najpierw cenę. Decydujemy się teraz na południową część Balatonu. 

Turystyka motocyklowa serbia

Najedzeni i nie stresowani już kontrolami sypię z garści, żeby wydmuchać te dupne pająki z ostatniego noclegu. Lądujemy w miejscowości Balatonszemes. Chwilę się zastanawiamy, bo camping nie ma plaży nad jeziorem, ale z drugiej strony - i tak już za zimno i w sumie nie mamy zbytnio na to czasu. Wchodzę za płot i pytam właścicielki właściwym sobie : Sprechen Sie Deutsch? Odpowiada, że oni są Niemcami. Śmiech. Zostajemy tu, jest czysto, przyjaźnie, po niemiecku. Kontrast do standardu zeszło nocnego bardzo duży. Wynajduje nam starannie miejsce, żebyśmy mieli równo (kurwa, ten ich trawnik jest 10x równiejszy jak nasze asfalty..), kase to jak będziemy jechać, no luz. Kibelki - czyściutkie, nowiutkie, pachnie, radyjko, w nocy ogrzewane, miękka srajtaśma, no szok. W międzyczasie odnajduje się również właściciel  - mówię mu, że Ania się śmieje, że nawet trawa jak od linijki. Gość zakłopotany zaczyna się tłumaczyć, że właściwie to już nie jest taka jak powinna bo już zamykają za tydzień. No rozdupił mie chop. Wszystko fajnie pięknie, ale nie mamy piwa. A jest niedziela wieczór. Wszystko zamknięte. Na szczęście o to też zadbali. Zgłaszam problem - w odpowiedzi pada pytanie : Piwo? Wino? Sznaps? Hehe, mają tego całą szopkę :D 

 Wieczór spędzamy siedząc przy piwku w towarzystwie właściciela campu i starszego bajeroka. Motocykliści są wszędzie, ten kiedyś jeździł, staruszek ma jeszcze GL 1000, której od stania zarastają gaźniki. Siedzimy sobie tak do późnego wieczora gawędząc w języku, który obok matematycznego jest drugim urzędowym w piekle. Tylko biedna Anka rozumie co czwarte słowo.  Jak coś kemping nazywa się H&R Mobilcamping a tu ich strona. 


Dzień jedenasty :

Smuteczek

To ten najsmutniejszy poranek wyjazdu. Wiesz, że już nigdzie dalej nie pojedziesz. Od domu dzieli cię śmieszne kilkaset kilometrów, może z 500. Ostatnia prosta do powrotu do codzienności. Z kubkiem kawy w dłoni idziemy przywitać się i zarazem pożegnać z Balatonem. Jeziorem, które niezaprzeczalnie ma swój urok ale nie wywołuje raczej okrzyków zachwytu. Dla mnie ma jednak jakiś magnes, przez który nie bardzo chcę jechać dalej. Tak jak pierwszego dnia, tak ostatniego stoję nad brzegiem, z tą różnicą, że jakoś nie śpieszy mi się pakować kata i ruszać dalej. Stan bycia w podróży ma tą cholerną bezwładność,że jak już się w niego wkręcisz, za nic w świecie nie chcesz go przerywać. Ania ma chyba to samo odczucie. Robimy sobie kilka zdjęć, cieszymy się ciszą i spokojem, które panują w tym miejscu. Anka robi zdjęcia ptactwu, ja żałuję, że nie będę miał już w tym roku okazji wykąpać się po tej stronie jeziora. Wypiłem już kawę bo zimna była, Anka ma jeszcze gorącą. Muszę kupić ten pieprzony termo kubek. Wracamy na camping, trzeba się w końcu pakować.

Balaton południowy balatonszemes

Spakowani żegnamy się z serdecznymi gospodarzami campingu i ruszamy w drogę powrotną. Kawałek dalej zatrzymujemy się jeszcze w centrum miasta, żeby kupić upominki dla znajomych. Pierwszy raz chyba dostrzegam większe zainteresowanie przechodniów obładowaną Katją stojącą na parkingu. I zasłużone. Motocykl stworzony do siania spustoszenia na miejskich arteriach przejechał już ponad trzy tysiące kilometrów, czasami najpodlejszymi, bałkańskimi drogami - dał rady. Nawet z kuframi i kompletem pasażerów - przez solidne obciążenie z tyłu wystarczyło kopnąć w przedni błotnik gdy stał na kosie, żeby wyjebał backflipa.  Na szczęście leżała tylko pierwszego dnia - oparła się na kosie i kufrze - zero strat nawet na handbarze bo fajera była w lufcie...

turystyka motocyklowa węgry

Anka wraca z łupami więc całą trójką możemy ruszać dalej. Jeszcze ambitnie omijamy autostrady, chociaż drogi krajowe już mniej. Wszystko zmienia się na Słowacji. Mam dość jazdy za i wyprzedzania gości jadących poniżej limitu. Katja jeszcze bardziej. Z resztą z poniedziałkowej jazdy przez wsie i miasteczka zauważyłem tylko jedną ciekawostkę - do południa i wczesnego popołudnia nie widać białych dzieci. Jak już to z tornistrami. Za to na każdym kroku widać cygańskie, które widocznie system edukacji mają w poważaniu. W ogóle, jest to chyba jedyny element, na który trzeba uważać w tej części Europy. W Bośni smyczący złom jakimś pultokiem pokazuje mi faka jak się mijamy, w Serbii wystarczyło, że przejeżdżając obok straganu z owocami chwilę się popatrzyłem, żeby sprowokować wyskok z ryjem szczerbatej przedstawicielki płci żeńskiej chyba, też w kolorze takim jakimś. Dziwni są. Mój ryj był pod kaskiem więc nie wiem o co kaman.  Zlewam to już zasadniczo.

Balaton
Balaton od południa

Nie chce mi się już wlec tymi drogami, wbijamy w navi autostrady i ciśniemy przez Słowację i Czechy na przemian speedem i dobrymi krajówkami. Późnym popołudniem jesteśmy w Chałupkach. Do domu zostało niecałe 30km. Dokręcam gaz. W domu okazuje się, że Anka miała dobry węch. Niski lot przez Stare Hamry zakręcił w nosie spalenizną. Na miejscu wyszło skąd. Katja do długiej listy rzeczy spalonych ogniem z kominów dopisuje karimatę i siatkę bagażową. Niech ma, dobrze, że nie jechałem bez db killerów bo pewnie niewiele by z tego zostało. W 11 dni przejechaliśmy 3650 km, dziewięć krajów (nie licząc Polski), poznaliśmy kilka bardzo fajnych osób, zobaczyliśmy wiele niezapomnianych miejsc, skosztowaliśmy kilku nowych potraw i alkoholi. Macedonia, Albania, Grecja i Bułgaria - was też jeszcze zapiszę na kufrze, może następnym razem....


Kilka praktycznych porad dla podróżujących po Bałkanach:

- Stacje benzynowe są wszędzie i na każdej można było płacić kartą. DO jakości paliwa nie mam zastrzeżeń.

- Płacić kartą można na stacjach paliw i w większych supermarketach 

- W małych sklepach i większości restauracji lokalna waluta lub euro - przelicznik mają bardzo w porządku

- Uwaga na bankomaty - często mają wysoką prowizję!

- uwaga na Roaming - poza UE jest bardzo kosztowny. WiFi jest darmowe na większości kempingów, stacji benzynowych i restauracji

- Do wszystkich krajów poza Kosovem wystarczy dowód osobisty - w Kosovie paszport.

- Jadąc do MNE pamiętaj o Zielonej Karcie

- Ceny noclegów na polach namiotowych za 2 os + namiot i moto oscylowały w okolicach 7-12E /dzień. Standard bardzo różny.

- Ceny za obiad zbliżone do tych w Polsce, zakupy w sklepach również, zależnie od regionu jednak mogą się znacznie różnić.

- Dużo policji czatującej z radarem, ale na motocyklistów zdają się kłaść lagę.

- Drogi są przejezdne dla każdego motocykla - asfalt od bardzo dobrego po bardzo średni, ale jest.

- Małe sklepy są słabo zaopatrzone

- Najdroższe paliwo było w MNE - ponad 1.6 euro/litr

- Warto wykorzystać przerwę na tankowanie na skorzystanie z wifi i wyszukanie noclegu

- Jak jesteś kociarą tak jak Anka to kot po jugolsku to "maćka".