Litwa, Łotwa, Estonia - Szlakiem pustych plaż - Dzień szósty

20. 01. 07
posted by: Sebastian
Odsłony: 2838

Spis treści

Dzień szósty

Wstaję dzisiaj dość wcześnie, zachęcony promieniami słońca tańczącymi na tropiku. Po wczorajszym deszczu i chłodzie nie ma śladu, zostało tylko orzeźwiające powietrze. Powraca nadzieja na kąpiel wśród fal, na którą nie zachęcała wczorajsza aura. Wesoło zabieramy się do śniadania, woda na kawę bulgocze w menażce, już tylko patrzę żeby wskoczyć w kąpielówki i pobiec kładką przez wrzosowiska prosto do wody. Cóż, chyba jednak nie dziś. Słońce zaczyna lecieć z nami w kulki, raz wystawi ten swój łeb, raz się chowa i robi się dość chłodno. Łazimy jak te łosie po plaży celując w jasne plamy na piasku gdzie akurat świeci słońce. Jak ich już sięgniemy ten żółty cwaniak przesuwa je w pizdu dalej. No nic, plażing srażing, myśleliśmy o rest dayu i byczeniu się na plaży, ale dzisiaj to chyba tylko w śpiworach, więc decydujemy jechać dalej.

Celem na dziś jest dojechać do najdalej wysuniętego na północ miejsca w Estonii - Półwysep Purekkari. Trasa początkowo biegnie bardzo przyjemnymi, mało uczęszczanymi drogami, im bliżej Tallina tym ruch gęstnieje. Przez Miasto jedziemy już w godzinach szczytu, ale tym razem korzystamy z obwodnicy. Nie ma tragedii, wszyscy jadą kulturalnie nie licząc TIRa z Polski więc brniemy do przodu, po drodze zatrzymujemy się na zakupy. Czasowo stoimy ok 13;30 więc całkiem ok.

Purekkari

Do miejsca dzisiejszego przeznaczenia mamy już tylko 60km, połowa jedynką prowadzącą do Narwy i dalej do Petersburga więc jest dość ciasno, ale niebawem odbijamy na boczne drogi prowadzące wprost na półwysep. W takim miejscu spodziewam się oblężenia i zastanawiam nad planem "B" jeżeli braknie miejsca na ognisko, tym bardziej, że dziś zrezygnowaliśmy z obiadu po drodze, na rzecz upichcenia czegoś na miejscu. 

Docierając do celu, kolejny raz jesteśmy zaskoczeni. Po pierwsze, miejsc jest bardzo dużo. Po drugie - widoki cudowne. Po trzecie - jest kilka osób w miejscu, gdzie zmieści się ich ze 100 i nie będzie tłoku. Tylko strasznie wieje. Miejsce, które sobie upatrzyliśmy jest niestety zajęte, ale szybko znajdujemy drugie, jak się okazuje lepsze. Jesteśmy w miarę dobrze osłonięci od wiatru, motocykle mamy na widoku (zostały na parkingu kilkadziesiąt metrów dalej), obok miejsce na ognisko i wielka zadaszona ława. Idealnie. Martwi nas tylko wiatr, który może być niebezpieczny w przypadku rozpalenia ognia, ale na szczęście wieczorem słabnie do akceptowalnego poziomu, przy którym ogień nie stanowi zagrożenia. Namioty szybko rozbite, banan na ustach, teraz czas do wody! Nie ważne, że jest chłodno i wieje zimny wiatr. Tak zimny, że większość ludzi chodzi w polarach lub lekkich puchówkach. Budzimy u niektórych konsternację idąc w krótkich spodenkach z ręcznikami przewieszonymi przez ramię. 

Estonia na motocyklu

Plaży na pierwszy rzut oka nie ma - brzegi są kamieniste, śliskie lub niedostępne przez roślinność. Teren kempingu jest rozległy więc niezrażeni dreptamy w drugą stronę w kierunku małej zatoki. Bingo! Trafiamy na dużą piaszczystą plażę. W wodzie co prawda dużo kamieni, ale da się między nimi kluczyć. Podwójne szczęście, bo woda jest ciepła i nie wieje, ale płytka. Niestety kawałek dalej gdzie głazy i rośliny przestają osłaniać od wiatru a prądy niosą zimną wodę wracamy na mieliznę i leżymy w przyjemnie ciepłej - jak na ten region - wodzie. Robimy jeszcze pranie w reklamówce i ruszamy na podbój kolejnej atrakcji - kamienistego cypla z wielkim głazem.

W pewnym momencie kamienisty nasyp przecina morze. Postanawiamy, że zostawiamy tu buty i dalej idziemy boso. Mam nadzieję, że nie ma tego na YT. Już po drugiej stronie okazuje się, że żwirek i piasek są cholernie ostre, a chodzenie po śliskich, obłych kamieniach też nie jest łatwe. Ale udaje się. Jest ten wielki kamol. I nawet lina jest. To dobrze, bo głaz jest stromy i wysoki na prawie 4.5m a upadek może być mało przyjemny na te kamienie. Wchodzę, patrze - o chuj. Ale nic nie mówię. Wchodzi Paweł - to samo. Śmiejemy się z kunsztu pomysłodawcy tego rozwiązania. Gruba lina jest zahaczona o kawałek pręta wbitego w głaz, który wystaje z niego na wysokość niewiele większą jak średnica liny. Szarpniesz, lina podskoczy to wypadnie i bay bay maszkaro. Albo grubo, albo wcale.

Wracamy do obozu. Ania ogarnęła pyszny obiadek na ryżu, po którym się troszkę byczymy i idziemy organizować drewno na wieczorne ognisko. Kempingi RMK zazwyczaj posiadają pełną szopkę drewna do tego. Obok szopki klin wbity w gnotek do rozłupania drewna na mniejsze kawałki, a na drzwiach tablicę, mówiącą aby korzystać ze swojego drewna na ile to możliwe. Objuczonymi motocyklami nie mamy możliwości przywiezienia więc czujemy się usprawiedliwieni.

Tutaj też spotykamy pierwszych ludzi z Polski. Jedna parka autem i rodzinka na rowerach. Z dwójką małych dzieci. Mówią, że jada 2 tygodnie. Myślimy kuwa jak, dwa tygodnie z łebkami na oko 5 i 10 lat z Polski na rowerach? Okazuje się, że w okolicę ich znajomy autem podwiózł i tak sobie teraz tu zwiedzają. Jednak nie jesteśmy takimi lamami, że na rowerach szybciej jadą.

Wracamy do grilla. Mają tutaj takie fajne grillo/miejsca na ognisko, które można wykorzystać na dwa sposoby. Pieczemy kiełbaski i autorskie cebulowo - kartoflane szaszłyki na zdobycznych wykałaczkach.  Pomysł trochę ciulaty, łatwo toto spalić. Lepiej było jednak je w całości upiec. Piękny klimat mąci tylko czasami podmuch wiatru i komary. Porządny repelent to podstawa. 

Dzisiejszy wieczór to moment, w którym jesteśmy najdalej od domu w czasie całej wyprawy, jutro już powoli będziemy odbijać na południe. Nie spodziewałem się, że tak szybko będzie ubywać nam dystansu. Pozostaje już tylko korzystać z tego, że się tutaj znaleźliśmy i cieszyć oczy pięknymi widokami wokół nas. Na prawdę jest czym.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


Powered by JS Network Solutions