Litwa, Łotwa, Estonia - Szlakiem pustych plaż - Dzień siódmy

20. 01. 07
posted by: Sebastian
Odsłony: 5192

Spis treści

Dzień siódmy

A dnia siódmego kończy się Bałtyk. Początkowo planowałem jechać aż do Narwy, ale zasadniczo nic nas tam nie pociągało. Dla samych kilometrów nudną drogą, by tylko powiększyć końcowy wynik - bez sensu. Kłócimy się z navi i staramy się mniej uczęszczanymi drogami udać się w jedno miejsce, które chcemy zobaczyć. Jest takie jezioro, na brzegu którego jeśli Cię postawią i nie powiedzą gdzie jesteś, pomyślisz, że nad morzem.

Po pokonaniu kolejny raz odcinka nudnej jedynki odbijamy na południe w kierunku miejscowości Kaukusi. Leży ona nad ogromnym jeziorem mierzącym 140km długości i ok 50 km szerokości w najszerszym miejscu. Mowa oczywiście o jeziorze Pejpus lub jak to Rosjanie po drugiej stronie je nazywają Jezioro Czudzkie.

Jezioro Pejpus

Na miejscu mimo bardzo zadbanej infrastruktury i pięknej plaży tylko czwórka emerytów. Być może to wina pogody, a w sezonie kąpielowym jest to licznie odwiedzane miejsce, o czym mogą świadczyć chociażby parkomaty. Miejsce jest piękne, obok jest również kamping RMK, ale pogody do pływania nie ma, zrobiliśmy dopiero 100 km z hakiem i jest bardzo młoda godzina. Decydujemy jechać dalej, za Tartu jest kolejny kemping nad jeziorkiem. Tracimy szczęście do słonecznej pogody mimo, że jest sierpień i w Polsce upały. 

Po kilku kilometrach doganiamy chmury gubiące krople wody, jednocześnie rozglądamy się za obiadkiem. Co kawałeczek budki z rybami, jedne tylko sprzedają surowe, inne oferują usmażone, wszystkie wyglądają jak budki z salmonellą. Na szczęście w momencie gdy zaczyna bardziej padać podchodzimy do lądowania przy pensjonacie, w którym liczymy na czynną restauracje. Udaje się, u uśmiechniętej kelnerki zamawiamy, jak się później okazało całkiem smaczny obiad. Po raz kolejny przypomnę Wam - w takich miejscach nie liczcie na lokalne potrawy. Menu bardzo podobne jak u nas. Ruszamy dalej.

Około godziny 17 docieramy do Tartu. Robimy tutaj zakupy, tankujemy i odwiedzamy salon KTM'a. Zdecydowała nie tyle moja miłość do pomarańczowych motocykli, co obawa czy w Karolka CBR wytrzyma linka sprzęgła, która znowu zaczyna pękać. Niestety, żadnego zestawu naprawczego jak to się spodziewaliśmy po ASO - nie dostaniemy. Do celu już blisko. Będziemy nocować niestety już w ostatnim na naszej trasie kempingu RMK Pangodi. Trafiamy tam bez problemu, znajduje się bowiem zaraz przy drodze. W dole jeziorko, latrynka jest, wiata wolna przy samej ścianie lasu w głębi pola też - lądujemy. Namioty rozkładamy ekspresowo bo deszcz zaczyna o sobie przypominać coraz mocniej. 

Z czasem deszcz ustaje a na stole rządzi kucheneczka. Chłodny wieczór bardzo umila coś ciepłego do picia. Podgrzewam też więcej wody i organizuje Ance improwizowany prysznic z menażki, by mogła w około cywilizowanych warunkach umyć włosy.

Nasze motocykle tymczasem budzą spore zainteresowanie wśród podchmielonych lokalesów, którzy z przyczepką pełną ławek po chyba wcześniejszej zabawie próbują na 50 razy zawrócić starym audi (kierowca był trzeźwy). Jeden po chwili rozmowy po angielsku oznajmia, że polski rozumie, gawędzimy chwilę, wymieniamy pozdrowienia i znikają. Trochę ponura się ta pogoda zrobiła, chyba też jej szkoda że powoli opuszczamy Estonię. Komary, których w tym miejscu jest więcej niż powinno też pewnie będą smutne jak odjedziemy.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


Powered by JS Network Solutions