Litwa, Łotwa, Estonia - Szlakiem pustych plaż - Dzień ósmy

20. 01. 07
posted by: Sebastian
Odsłony: 5196

Spis treści

Dzień ósmy

Nie ma się co rozpisywać o poranku. Weźcie se tylko dużo pasztetu z domu jak lubicie. Ten ichniejszy to jakaś rzadka papka (w smaku ok). W połączeniu z chlebem, którego zjesz pół i dalej nie ma czym beknąć kieruje mnie w stronę dżemu z borówki brusznicy (Anna poleca!). To im akurat się udało. Po porannym rytuale opuścimy ten piękny kraj, bo do granicy już niewiele zostało.Usilnie próbujemy znaleźć coś godnego odwiedzenia, ale po naszej trasie nie ma zbyt wiele. Ale jest jedna atrakcja, gdzie chcemy pojechać. Głównie przez nazwę. Dlaczego, to nie powiem bo mi jeden łysy bandyta łeb urwie, ale nazwa jest epicka - Wielka Góra Jajo. Dokładnie tak.

Droga, która tam prowadzi całkiem przyjemnie wije się przez pola i wioski, niebawem też docieramy do jej podnóża. Dla Karolka nie był to szczęśliwy dzień, szukając drogi by jak najwyżej podjechać, podczas zawracania źle stanął i obładowana cebra zaliczyła parkingówkę. Porysowane owiewki, złamane lusterko, ale na szczęście dekiel silnika cały. W dodatku okazuje się, że trzeba zostawić motocykle na niestrzeżonym parkingu przy drodze, tyrać z buta przez las, a na szczycie wyskoczyć z eurasów by wejść na wieżę widokową. Spod niej zobaczysz tylko las w którym jesteś, z jej szczytu pola wśród których jechaliśmy. Odpuszczamy, tym bardziej, że ludzi dużo. Kierunek Gulbene - Łotwa. Docelowo jeszcze nie wiemy, bo w tym rejonie ilość kempingów i interesujących nas miejsc do rozbicia namiotu jest niewielka.

Drogi na Łotwie są wyraźnie gorsze, pojawia się również drogówka. Szutry także powracają do repertuaru. Po drodze klaruje się mniej więcej meta w okolicy miasta o wdzięcznej nazwie Madona. Kilka miejsc okazuje się spalonych, ale koniec końców znajdujemy świetne miejsce nad jeziorem przy wiosce Lazdona, zaraz obok miasta. Jest wiata, miejsce na ognisko, dużo ściętych gałęzi na stosach i huśtawka na drzewie przy jeziorku. Idealnie. Jedziemy na zakupy i na szybkości wracamy na miejsce by nikt nas nie ubiegł (jest weekend) i tam sobie upichcimy obiadokolacje. Samo miasto nie sprawia zbyt dobrego wrażenia, dużo odrapanych budynków, jakby więcej zakapiorów i skórzanych kurtek w straszych bawarach. Zakupy idą sprawnie, jedynie Anka szuka jakiegoś zgnitego czosnku dla kumpeli, który wg internetów jest tutejszą sztandarową przyprawą a nigdzie go nie ma. W końcu czas na tetrisa gdzie wpakować te całe zakupy z workiem kartofli na czele i dzida nad jezioro.

Łotwa na motocyklu

Na miejscu okazuje się, że zabunkrował się zaraz obok starszy gość w starym Transicie przerobionym na małego campera. Rozkładamy się na swoim miejscu, trochę zmartwieni powstałą przeszkodą oddzielającą nas od jeziora. Po rozbiciu namiotu, widząc tablice łotewskie postanawiam obczaić typa czy nie bedzie problemem, ale okazuje się sympatycznym, szczerbatym holendrem, który uznał swój kraj za poryty i przeprowadził się tutaj. Nasze towarzystwo mu absolutnie nie przeszkadza.

Lody przełamane to czas do wody. Piękne czyste jezioro działa jak magnes, tym bardziej, że temperatury podskoczyły i wyszło słońce. W tym momencie wchodzi Karolek, cały na biało (bo nie było się wcześniej jak opalić), wdrapuje się na drzewo i chce się bujnąć. Niestety źle złapał kijek i ze sporej wysokości odpalił średnio kontrolowany lot w dół. Zamarliśmy na chwile wszyscy łącznie z Holendrem bo nie wyglądało to wesoło.  Całe szczęście okazało się, że całym zajściem przysporzył nam tylko powodu do beki, a jedyne co dziś złamał to lusterko. Dla powodzenia misji nikt już na drzewo się jednak nie wdrapywał. Pływanie też jest spoko.

Wracając do obozu przypominam sobie o naderwanej lince sprzęgła, której nie miałem czasu wymienić i od początku wożę zapasową.  Sprawnie wymieniamy ją na nową i zabieramy się za przygotowanie kolacji. Ogniskowe potrawy maja niepowtarzalny smak, a hasłem wieczoru zostało Karolkowe "Very goood potato". Pięknie kończymy dzień, który troszkę dał nam w kość, siedząc przy ognisku z lokalnym piwkiem. Ania raczy się cydrem z jeżykiem, również lokalnym. Podobno najlepszy jaki kiedykolwiek piła. Niestety nie łatwo go gdzie indziej kupić. Przyjemny wieczór mąci nam czasami lokalna młodzież kręcąca się Navarrą z piskliwymi blachareczkami na pace, których wiek bym określił na "z prokuratorem za rękę".

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


Powered by JS Network Solutions