Bieszczady z Karolkiem a.d 2012

14. 05. 31
posted by: Sebastian
Odsłony: 6083

    Jest koniec Kwietnia. Wiosna w pełni, kwitną kasztanowce. Maturzyści spinają poślady przed maturą, by móc się później dostać na upragnioną socjologię. Reszta uczniów kmini co zrobić z długim weekendem spowodowanym majowymi świętami i maturami. Wśród tej drugiej grupy szczęśliwców jest dwójka kumpli, których łączy pasja do jednośladów. Na tapecie jest tylko jeden temat-jedziemy  w Biesy... Poniżej relacja, która z racji czasu może być trochę wyprana ze szczegółów, ale wierzcie mi-sporo w niej przygód.

 

    Po kilku dniach spędzonych przy złocistym rysuje się zarys trasy, motocykle czekają przygotowane do drogi, w Internecie sprawdzamy jeszcze adresy pól namiotowych i jesteśmy gotowi. Postanawiamy wyjechać w piątek, czwartego Maja by minąć największy majówkowy tłok. W czwartek wieczorem pakuję szpeja i odstawiam na noc, jutro Wielki Dzień.

    Jest piątek. Budzik dzwoni, zwlekam sie z wyra, standardowa procedura wybudzania i ok 9:30 obładowaną cebrą melduję się w Kietrzu pod domem Karola. Trochę nam schodzi na poprawianie bagażu, ostatnich ustaleniach i tym podobnym, ostatecznie ok 10 wyruszamy. Żółta CBR 600 i czarne Kawasaki LTD 454 dobijają mało przepisowymi wydechami resztę skacowanych po weekendzie mieszkańców okolicznych bloków. Pogoda dopisuje, maszyny również, jest pięknie. Sielanka kończy się po ok 8km, zanim nawet dane nam było dotrzeć do pierwszej miejscowości na naszej trasie. Przed wjazdem do Pietrowic Wielkich kawa zaczyna się dusić, staje. Po chwili kręcenia odżywa tylko po to, by zamilknąć kilometr dalej. Stoimy. Szybki zwiad, zabrakło paliwa, planowane tankowanie w Raciborzu okazało się być o 10km za daleko, trudno. Wyruszamy na poszukiwania wachy, niestety nigdzie nie udaje się nam odkupić nawet litra. Telefon w łapę, po ok 30 minutach z odsieczą (i paliwem) przybywa zielona fabia. Jedziemy dalej.

    Na razie trasa idzie zgodnie z planem, tankujemy w Raciborzu i atakujemy kilometry dalej. Kierujemy się kolejno na Wodzisław Śląski, Jastrzębie, Pszczynę. Trasa idzie nam gładko, tempo w sam raz , drogi nie najgorsze, spokojnie nawijamy kolejne kilometry. Dość sprawnie przedzieramy się zapakowanymi szpejami przez Pszczynę i w momencie, gdy prawie mieliśmy opuszczać miasto dochodzimy do kolejnego punktu krytycznego naszego wypadu. Zjeżdżając z ronda zatrzymuję się przed zebrą, by przepuścić zgrabną blondynkę. Niestety zanim zdążyłem ją obciąć wzrokiem usłyszałem za sobą pisk opon. Chwilę później i ja i Karol podnosiliśmy motocykle z asfaltu. Niestety mój kompan podróży też zauważył ów blondynkę, gorzej było z moją CeBeeRką. Efekt? Zbity kierunek i połamane lusterko w cebrze + kilka zadrapań na owiewkach, troche rys na Kawasaki. Sama inicjatorka zmieszana po chwili stania w osłupieniu podążyła w swoją strone. Kobiety to jednak zguba ludzkości. Ale nic, zbieramy motocykle do pionu, oceniam szkody, w pierwszym momencie załamka. Na widok uszkodzeń niedawno kupionej zabawki załacza się tryb killer, odechciewa sie całej jazdy. W powietrzu wisi widmo odpuszczenia wyjazdu. Jednak po chwili chęć do jazdy wraca, opadają emocje. Trzeba naprawić Honde. Szybki telefon do zaprzyjaźnionego serwisu w Wodzisławiu z opisem sytuacji i po chwili wracamy się kilkadziesiąt kilometrów by cbr znowu mogła cieszyć się kompletem lusterek. Cisniemy dość żwawo i po niedługim czasie meldujemy się pod salonem Damir-Team. Dzięki życzliwości Syli i Łukasza pożyczam lusterko, prowizorycznie naprawiam kierunek (taśmą, a co!) i lecimy dalej. Straciliśmy na całym zdarzeniu prawie dwie godziny, ale motocykl=przygoda. Nam pzygód jak dotąd nie brakuje. pokonujemy trase do Pszczyny raz jeszcze, tym razem bez problemów.

    Z Pszczyny kierujemy się drogami wojewódzki na Kęty, gdzie wbijamy na DK52, którą jedziemy aż do Wadowic. W mieście Karola Wojtyły wpadamy na drogę krajową nr 28, z którą  rozstaniemy się dopiero w Sanoku. Ale do tego czasu czeka nas jeszcze wiele przygód. Na wyjeździe z Wadowic z daleka zaczynają pozdrawiać nas błyskawicami ołowiane chmury. Będzie ciekawie. Mimo to, jedzie się całkiem dobrze, chociaż zaczynają nas niepokoić otaczające nas chmury. Łapie nas lekki deszcz, zatrzymujemy się na stacji paliw przed Jordanowem, tankujemy, montujemy podpinki z membranami do kurtek i lecimy dalej. Chwilę po wyjeździe ze stacji, dokładnie za drugim zakrętem orientuję się, że jade sam. Zatrzymuję się i postanawiam zaczekać na kumpla. Nie trwa długo gdy podjeżdża stary dostawczak, przez okno którego jakaś kobieta pyta, czy jechał ze mna kolega na chopperze, potwierdzam. Kobieta  informuje mnie, że zaparkował na zakręcie pod barierką, po chwili dodaje, że chyba nic mu nie jest bo wyszarpuje spod niej motocykl. Spod kasku dobiega tylko stłumione ku*wa, pale szpeja i po chwili jestem na miejscu. Okazuje się, że Kawasaki już stoi na kołach. Szybka ocena strat : połamana szyba, pęknięte mocowanie reflektora, zarysowany wydech. Sam kierowca troche poobijany ale dzieki niskiej prędkości i miękiemu poboczu wszystko kończy się bez poważnych urazów. Nic to, motocyklista musi być twardy, jedziemy dalej. Trochę niepokoi nas rytmiczny świst dochodzący z okolic silnika Kawy, ale uznajemy, że to po prostu dzwięk powietrza zasysanego przez air box i olewamy sprawę.

    Niestety przez większosć trasy towarzyszy nam deszcz, czasami z burzą, do tego zaczyna się ściemniać. Wszystkie te atrakcjie połączone z ostatnia glebą Karolka skutkują bardzo ostrożną jazdą ( to tu udało mi sie zejść cebra do spalania 4.2l/100km). Wolna jazda jednak mimo, że zmniejsza ryzyko kolejnej gleby, przybliża widmo noclegu na dziko. Robi sie coraz później a do celu, którym jest Polańczyk jeszcze kawał drogi. Ok godz 20 osiągamy Jasło. Zatrzymujemy się na chodniku obok prywatnego domu, gdzie dalej trwa majowe grilowanie. Sprawdzamy mapę, z zegarkiem w łapie liczymy szanse na dotarcie do Polańczyka przed zamknięciem pól namiotowych. W międzyczasie Karolek pyta gospodarza imprezy o bliższe pole namiotowe, na co ten proponuje nocleg u siebie. Zmęczenie robi swoje i zaczynamy rozważać i taką opcję, ale ostatecznie lecimy dalej, za blisko do celu by odpuścić.  Jedno szczęście, że przestało padać i prędkości wracają do akceptowalnego poziomu. Mimo to jazda nie staje się łatwiejsza. Kawasaki z połamanym mocowaniem reflektora świeci ptakom w dziuple, cebra od czasu gleby w Pszczynie zaczyna gasnąć przy mocnym skręcie kierownicy. Naderwane przewody stacyjki nie dają o sobie zapomnieć. Mierząc się z przeciwnościami brniemy dalej. Ok godz 21.40 osiągamy cel. Prawie. Jest ciemno, jesteśmy zmęczeni, nie mamy GPSa a trzeba odnaleźć pole namiotowe. Po omacku kręcimy się po Polańczyku aż w końcu za poleceniem młodej ekipy lądujemy na cyplu. Jest godzina 21:55. Zdążyliśmy. 5 minut przed zamknieciem. Rozbijamy namiot, grzeję sobie jeszcze szybką kolację, wypijamy zasłużone piwo i idziemy w kimę. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

 


Powered by JS Network Solutions