Bieszczady z Karolkiem a.d 2012 - Sobota. Wyprawy dzień drugi.

14. 05. 31
posted by: Sebastian
Odsłony: 9933

 

     Sobota. Wyprawy dzień drugi. Budzi nas rześki słoneczny poranek. W nocy padało ale mimo to spało mi się dobrze, namiot skutecznie odizolowł  nas od wody. Gorzej z Karolkiem, poobijany nie mógł sobie miejsca do spania znaleźć ale ostatecznie też stwierdza: dobrze jest! Zaczynamy się ogarniać, okazuje się, że grupa młodych ludzi spotkana wieczorem nie wpuściła nas w maliny i pole jest całkiem przyzwoite. Kible nie przekierowują swoim wyglądem nad Solinę, jest dobrze. Po szybkim śniadaniu nadchodzi czas, by na spokojnie ocenić straty dnia poprzedniego. Cebra straszy zadrapanym zadupkiem i poklejonym kierunkowskazem, ale nie wymaga napraw by ruszyć na eksplorację Bieszczad. Sprawa z Kawasaki wygląda troche gorzej, ale Karolo bierze klucze w łape, wywala połamaną szybę, z jej mocowania modzi mocowanie reflektora i po dłuższej chwili i jego moto jest gotowe do dalszej drogi.

    Jest godzina 11:00, czas ruszać. Pogoda piękna, wszystkie podpinki i membrany zostawiamy w namiocie. Pierwsze kilometry kierujemy w stronę zapory i elektrowni wodnej nad Soliną. Zapora oddana do użytku w 1968 roku wciąż robi wrażenie. Nic dziwnego, z wysokością 81,8 m  i 664 m długości jest największą zaporą wodną w Polsce. Robimy kilka zdjęć i podziwiamy ogromne ryby w jeziorze. Miejsce całkiem fajne ale czeka nas Wielka Pętla. Kupujemy pamiątki na straganach obok zapory i ciśniemy dalej.

    Na celowniku jest teraz Baligród. Droga dobrej jakosci, słońce nad głowami, przed nami sporo zakrętów, wokoło piękne widoki, raj dla motocyklistów. Ruch niewielki, mijamy jedna po drugiej wioski, w których leniwie płynie czas. Co kilka kilometrów lewa ręka odrywa sie od kierownicy w geście pozdrowienia dla motocyklistów jadących w przeciwnym kierunku, ot wiosenna motocyklowa sielanka. Dojeżdżamy do Baligrodu. Zatrzymujemy się na parkingu przed cmentarzem wojennym. Zostawiamy motocykle i idziemy odwiedzić miejsce, w którym leży wielu polskich i radzieckich żołnierzy, często poległych gdy byli w naszym wieku. Dość klimatyczne miejsce, przy tym zadbane i pozwalające na chwilę zadumy.

 

 

    Wracamy do motocykli, jedziemy kawałek dalej. Zatrzymujemy się na rynku w Baligrodzie. Robimy pamiątkowe zdjęcia przy czołgu, podziwiamy zadbany park, który go otacza. W międzyczasie podbija do nas starszy jegomość i wypytuje o motocykle, skąd jedziemy, gawędzimy chwilę. Na odchodne klnie na niemieckie motocykle ( na szczęście jedziemy japońcami czystej krwi) i życzy nam udanego wyjazdu. Chowamy aparaty i ruszamy w dalszą drogę. Nie mamy ciśnienia na zwiedzanie z buta więc skupiamy się tylko na jeździe. Winklujemy w stronę Cisnej, z której odbijamy w stronę Ustrzyk Górnych. Od wyjazdu z Polańczyka kilometry lecą gładko, czas też wydaje się nie zwalniać mimo leniwej atmosfery, robimy się głodni. Mijamy restaurację z szyldem zapraszającym motocyklistów. Heble w opór, wracamy. Parkujemy na kamienistym parkingu, idziemy upolować obiad. Kelner z zainteresowanie wypytuje o trasę, do rachunku dobija rabat i pozostaje już tylko chwilę poczekać by uspokoić żołądki. Obiad jeszcze bardziej nas rozleniwia, ale zanim walniemy się kołami do góry z piwkiem w ręce zostało jeszcze trochę kilometrów do zrobienia.

Mijamy Ustrzyki Górne i zmierzamy w stronę Hoszowa zobaczyć drewnianą cerkiew. W tym punkcie znowu opuszcza nas szczęście. Wracając na parking spadają na nas pierwsze krople deszczu, w oddali słychać grzmoty. Pamiętacie, jak pisałem, że membrany przeciwdeszczowe zostały w namiocie? No właśnie..

 

   Mimo tego, że zanosi sie na burzę jedziemy dalej, nie pozostaje nam nic innego jak mieć nadzieję, że uda nam się uciec spod burzowej chmury. Niestety, deszcz dopada nas już kawałek dalej. Na nasze szczęście nie pada zbyt mocno. Sytuacja pogarsza się w Ustrzykach Dolnych. Deszcz zaczyna zmieniać się w ulewę a po chwili w oberwanie chmury. Leje tak, że auta zatrzymują się na poboczach a na drodze utrzymuje sie kilkucentymetrowa warstwa wody. Odpuszczamy, chcemy przczekać, chowamy sie na przystanku autobusowym. Spotykamy tam też motocyklistę z Gniezna. Nie pamiętam imienia, ale pozdro kolego jak to czytasz. Chwilę po tym do deszczu dochodzi spory grad. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać aż pogoda odpuści.

    Po dłuższym czasie decydujemy się jechać dalej. Co prawda dalej pada, ale już słabiej. Nie robi nam to różnicy, i tak już jesteśmy przemoczeni. Kilometr dalej deszcz znowu się nasila, tym razem nie odpuszczamy i przemy do przodu by uciec spod feralnej chmury.  W okolicach Uherca powoli przestaje padać, tam tez skręcamy w stronę Orelca. Im bliżej celu pogoda robi się coraz lepsza. Wjeżdżając do Polańczyka wita nas słońce i zdziwione spojrzenia turystów, skupione na dwójce mokrych jak szczury motocyklistów. Jeżeli w Bieszczadach jest coś pewnego, na pewno nie jest to pogoda. Dokujemy pod namiotem, przebieramy się w suche, cywilne ciuchy. Ale pojawia się kolejny problem. jutro trzeba wracać a my mamy przemoczone szmaty na wylot. Udaje nam się zagadać z obsługą pola i nasze przemoczone ciuchy lądują w ciepłej kotłowni, jest dobrze. Wyruszamy na miasto, tym razem z buta. Trzeba skołować coś na kolację i trochę napoju bogów.  Znajdujemy sklep, ustawiam się w kilometrowej kolejce, pół godziny później zakupy zrobione. Stanie w kolejce umila pogawędka z nowo poznanymi motocyklistami. Wracamy na camping. Reszta wieczoru schodzi na wspominaniu przejechanych kilometrów, siedzeniu nad Solina i grze w billarda. Kolejny udany dzień za nami.


Powered by JS Network Solutions