Drukuj

Bieszczady z Karolkiem a.d 2012

14. 05. 31
posted by: Sebastian
Odsłony: 9546

    Jest koniec Kwietnia. Wiosna w pełni, kwitną kasztanowce. Maturzyści spinają poślady przed maturą, by móc się później dostać na upragnioną socjologię. Reszta uczniów kmini co zrobić z długim weekendem spowodowanym majowymi świętami i maturami. Wśród tej drugiej grupy szczęśliwców jest dwójka kumpli, których łączy pasja do jednośladów. Na tapecie jest tylko jeden temat-jedziemy  w Biesy... Poniżej relacja, która z racji czasu może być trochę wyprana ze szczegółów, ale wierzcie mi-sporo w niej przygód.

 

    Po kilku dniach spędzonych przy złocistym rysuje się zarys trasy, motocykle czekają przygotowane do drogi, w Internecie sprawdzamy jeszcze adresy pól namiotowych i jesteśmy gotowi. Postanawiamy wyjechać w piątek, czwartego Maja by minąć największy majówkowy tłok. W czwartek wieczorem pakuję szpeja i odstawiam na noc, jutro Wielki Dzień.

    Jest piątek. Budzik dzwoni, zwlekam sie z wyra, standardowa procedura wybudzania i ok 9:30 obładowaną cebrą melduję się w Kietrzu pod domem Karola. Trochę nam schodzi na poprawianie bagażu, ostatnich ustaleniach i tym podobnym, ostatecznie ok 10 wyruszamy. Żółta CBR 600 i czarne Kawasaki LTD 454 dobijają mało przepisowymi wydechami resztę skacowanych po weekendzie mieszkańców okolicznych bloków. Pogoda dopisuje, maszyny również, jest pięknie. Sielanka kończy się po ok 8km, zanim nawet dane nam było dotrzeć do pierwszej miejscowości na naszej trasie. Przed wjazdem do Pietrowic Wielkich kawa zaczyna się dusić, staje. Po chwili kręcenia odżywa tylko po to, by zamilknąć kilometr dalej. Stoimy. Szybki zwiad, zabrakło paliwa, planowane tankowanie w Raciborzu okazało się być o 10km za daleko, trudno. Wyruszamy na poszukiwania wachy, niestety nigdzie nie udaje się nam odkupić nawet litra. Telefon w łapę, po ok 30 minutach z odsieczą (i paliwem) przybywa zielona fabia. Jedziemy dalej.

    Na razie trasa idzie zgodnie z planem, tankujemy w Raciborzu i atakujemy kilometry dalej. Kierujemy się kolejno na Wodzisław Śląski, Jastrzębie, Pszczynę. Trasa idzie nam gładko, tempo w sam raz , drogi nie najgorsze, spokojnie nawijamy kolejne kilometry. Dość sprawnie przedzieramy się zapakowanymi szpejami przez Pszczynę i w momencie, gdy prawie mieliśmy opuszczać miasto dochodzimy do kolejnego punktu krytycznego naszego wypadu. Zjeżdżając z ronda zatrzymuję się przed zebrą, by przepuścić zgrabną blondynkę. Niestety zanim zdążyłem ją obciąć wzrokiem usłyszałem za sobą pisk opon. Chwilę później i ja i Karol podnosiliśmy motocykle z asfaltu. Niestety mój kompan podróży też zauważył ów blondynkę, gorzej było z moją CeBeeRką. Efekt? Zbity kierunek i połamane lusterko w cebrze + kilka zadrapań na owiewkach, troche rys na Kawasaki. Sama inicjatorka zmieszana po chwili stania w osłupieniu podążyła w swoją strone. Kobiety to jednak zguba ludzkości. Ale nic, zbieramy motocykle do pionu, oceniam szkody, w pierwszym momencie załamka. Na widok uszkodzeń niedawno kupionej zabawki załacza się tryb killer, odechciewa sie całej jazdy. W powietrzu wisi widmo odpuszczenia wyjazdu. Jednak po chwili chęć do jazdy wraca, opadają emocje. Trzeba naprawić Honde. Szybki telefon do zaprzyjaźnionego serwisu w Wodzisławiu z opisem sytuacji i po chwili wracamy się kilkadziesiąt kilometrów by cbr znowu mogła cieszyć się kompletem lusterek. Cisniemy dość żwawo i po niedługim czasie meldujemy się pod salonem Damir-Team. Dzięki życzliwości Syli i Łukasza pożyczam lusterko, prowizorycznie naprawiam kierunek (taśmą, a co!) i lecimy dalej. Straciliśmy na całym zdarzeniu prawie dwie godziny, ale motocykl=przygoda. Nam pzygód jak dotąd nie brakuje. pokonujemy trase do Pszczyny raz jeszcze, tym razem bez problemów.

    Z Pszczyny kierujemy się drogami wojewódzki na Kęty, gdzie wbijamy na DK52, którą jedziemy aż do Wadowic. W mieście Karola Wojtyły wpadamy na drogę krajową nr 28, z którą  rozstaniemy się dopiero w Sanoku. Ale do tego czasu czeka nas jeszcze wiele przygód. Na wyjeździe z Wadowic z daleka zaczynają pozdrawiać nas błyskawicami ołowiane chmury. Będzie ciekawie. Mimo to, jedzie się całkiem dobrze, chociaż zaczynają nas niepokoić otaczające nas chmury. Łapie nas lekki deszcz, zatrzymujemy się na stacji paliw przed Jordanowem, tankujemy, montujemy podpinki z membranami do kurtek i lecimy dalej. Chwilę po wyjeździe ze stacji, dokładnie za drugim zakrętem orientuję się, że jade sam. Zatrzymuję się i postanawiam zaczekać na kumpla. Nie trwa długo gdy podjeżdża stary dostawczak, przez okno którego jakaś kobieta pyta, czy jechał ze mna kolega na chopperze, potwierdzam. Kobieta  informuje mnie, że zaparkował na zakręcie pod barierką, po chwili dodaje, że chyba nic mu nie jest bo wyszarpuje spod niej motocykl. Spod kasku dobiega tylko stłumione ku*wa, pale szpeja i po chwili jestem na miejscu. Okazuje się, że Kawasaki już stoi na kołach. Szybka ocena strat : połamana szyba, pęknięte mocowanie reflektora, zarysowany wydech. Sam kierowca troche poobijany ale dzieki niskiej prędkości i miękiemu poboczu wszystko kończy się bez poważnych urazów. Nic to, motocyklista musi być twardy, jedziemy dalej. Trochę niepokoi nas rytmiczny świst dochodzący z okolic silnika Kawy, ale uznajemy, że to po prostu dzwięk powietrza zasysanego przez air box i olewamy sprawę.

    Niestety przez większosć trasy towarzyszy nam deszcz, czasami z burzą, do tego zaczyna się ściemniać. Wszystkie te atrakcjie połączone z ostatnia glebą Karolka skutkują bardzo ostrożną jazdą ( to tu udało mi sie zejść cebra do spalania 4.2l/100km). Wolna jazda jednak mimo, że zmniejsza ryzyko kolejnej gleby, przybliża widmo noclegu na dziko. Robi sie coraz później a do celu, którym jest Polańczyk jeszcze kawał drogi. Ok godz 20 osiągamy Jasło. Zatrzymujemy się na chodniku obok prywatnego domu, gdzie dalej trwa majowe grilowanie. Sprawdzamy mapę, z zegarkiem w łapie liczymy szanse na dotarcie do Polańczyka przed zamknięciem pól namiotowych. W międzyczasie Karolek pyta gospodarza imprezy o bliższe pole namiotowe, na co ten proponuje nocleg u siebie. Zmęczenie robi swoje i zaczynamy rozważać i taką opcję, ale ostatecznie lecimy dalej, za blisko do celu by odpuścić.  Jedno szczęście, że przestało padać i prędkości wracają do akceptowalnego poziomu. Mimo to jazda nie staje się łatwiejsza. Kawasaki z połamanym mocowaniem reflektora świeci ptakom w dziuple, cebra od czasu gleby w Pszczynie zaczyna gasnąć przy mocnym skręcie kierownicy. Naderwane przewody stacyjki nie dają o sobie zapomnieć. Mierząc się z przeciwnościami brniemy dalej. Ok godz 21.40 osiągamy cel. Prawie. Jest ciemno, jesteśmy zmęczeni, nie mamy GPSa a trzeba odnaleźć pole namiotowe. Po omacku kręcimy się po Polańczyku aż w końcu za poleceniem młodej ekipy lądujemy na cyplu. Jest godzina 21:55. Zdążyliśmy. 5 minut przed zamknieciem. Rozbijamy namiot, grzeję sobie jeszcze szybką kolację, wypijamy zasłużone piwo i idziemy w kimę. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

 


 

     Sobota. Wyprawy dzień drugi. Budzi nas rześki słoneczny poranek. W nocy padało ale mimo to spało mi się dobrze, namiot skutecznie odizolowł  nas od wody. Gorzej z Karolkiem, poobijany nie mógł sobie miejsca do spania znaleźć ale ostatecznie też stwierdza: dobrze jest! Zaczynamy się ogarniać, okazuje się, że grupa młodych ludzi spotkana wieczorem nie wpuściła nas w maliny i pole jest całkiem przyzwoite. Kible nie przekierowują swoim wyglądem nad Solinę, jest dobrze. Po szybkim śniadaniu nadchodzi czas, by na spokojnie ocenić straty dnia poprzedniego. Cebra straszy zadrapanym zadupkiem i poklejonym kierunkowskazem, ale nie wymaga napraw by ruszyć na eksplorację Bieszczad. Sprawa z Kawasaki wygląda troche gorzej, ale Karolo bierze klucze w łape, wywala połamaną szybę, z jej mocowania modzi mocowanie reflektora i po dłuższej chwili i jego moto jest gotowe do dalszej drogi.

    Jest godzina 11:00, czas ruszać. Pogoda piękna, wszystkie podpinki i membrany zostawiamy w namiocie. Pierwsze kilometry kierujemy w stronę zapory i elektrowni wodnej nad Soliną. Zapora oddana do użytku w 1968 roku wciąż robi wrażenie. Nic dziwnego, z wysokością 81,8 m  i 664 m długości jest największą zaporą wodną w Polsce. Robimy kilka zdjęć i podziwiamy ogromne ryby w jeziorze. Miejsce całkiem fajne ale czeka nas Wielka Pętla. Kupujemy pamiątki na straganach obok zapory i ciśniemy dalej.

    Na celowniku jest teraz Baligród. Droga dobrej jakosci, słońce nad głowami, przed nami sporo zakrętów, wokoło piękne widoki, raj dla motocyklistów. Ruch niewielki, mijamy jedna po drugiej wioski, w których leniwie płynie czas. Co kilka kilometrów lewa ręka odrywa sie od kierownicy w geście pozdrowienia dla motocyklistów jadących w przeciwnym kierunku, ot wiosenna motocyklowa sielanka. Dojeżdżamy do Baligrodu. Zatrzymujemy się na parkingu przed cmentarzem wojennym. Zostawiamy motocykle i idziemy odwiedzić miejsce, w którym leży wielu polskich i radzieckich żołnierzy, często poległych gdy byli w naszym wieku. Dość klimatyczne miejsce, przy tym zadbane i pozwalające na chwilę zadumy.

 

 

    Wracamy do motocykli, jedziemy kawałek dalej. Zatrzymujemy się na rynku w Baligrodzie. Robimy pamiątkowe zdjęcia przy czołgu, podziwiamy zadbany park, który go otacza. W międzyczasie podbija do nas starszy jegomość i wypytuje o motocykle, skąd jedziemy, gawędzimy chwilę. Na odchodne klnie na niemieckie motocykle ( na szczęście jedziemy japońcami czystej krwi) i życzy nam udanego wyjazdu. Chowamy aparaty i ruszamy w dalszą drogę. Nie mamy ciśnienia na zwiedzanie z buta więc skupiamy się tylko na jeździe. Winklujemy w stronę Cisnej, z której odbijamy w stronę Ustrzyk Górnych. Od wyjazdu z Polańczyka kilometry lecą gładko, czas też wydaje się nie zwalniać mimo leniwej atmosfery, robimy się głodni. Mijamy restaurację z szyldem zapraszającym motocyklistów. Heble w opór, wracamy. Parkujemy na kamienistym parkingu, idziemy upolować obiad. Kelner z zainteresowanie wypytuje o trasę, do rachunku dobija rabat i pozostaje już tylko chwilę poczekać by uspokoić żołądki. Obiad jeszcze bardziej nas rozleniwia, ale zanim walniemy się kołami do góry z piwkiem w ręce zostało jeszcze trochę kilometrów do zrobienia.

Mijamy Ustrzyki Górne i zmierzamy w stronę Hoszowa zobaczyć drewnianą cerkiew. W tym punkcie znowu opuszcza nas szczęście. Wracając na parking spadają na nas pierwsze krople deszczu, w oddali słychać grzmoty. Pamiętacie, jak pisałem, że membrany przeciwdeszczowe zostały w namiocie? No właśnie..

 

   Mimo tego, że zanosi sie na burzę jedziemy dalej, nie pozostaje nam nic innego jak mieć nadzieję, że uda nam się uciec spod burzowej chmury. Niestety, deszcz dopada nas już kawałek dalej. Na nasze szczęście nie pada zbyt mocno. Sytuacja pogarsza się w Ustrzykach Dolnych. Deszcz zaczyna zmieniać się w ulewę a po chwili w oberwanie chmury. Leje tak, że auta zatrzymują się na poboczach a na drodze utrzymuje sie kilkucentymetrowa warstwa wody. Odpuszczamy, chcemy przczekać, chowamy sie na przystanku autobusowym. Spotykamy tam też motocyklistę z Gniezna. Nie pamiętam imienia, ale pozdro kolego jak to czytasz. Chwilę po tym do deszczu dochodzi spory grad. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać aż pogoda odpuści.

    Po dłuższym czasie decydujemy się jechać dalej. Co prawda dalej pada, ale już słabiej. Nie robi nam to różnicy, i tak już jesteśmy przemoczeni. Kilometr dalej deszcz znowu się nasila, tym razem nie odpuszczamy i przemy do przodu by uciec spod feralnej chmury.  W okolicach Uherca powoli przestaje padać, tam tez skręcamy w stronę Orelca. Im bliżej celu pogoda robi się coraz lepsza. Wjeżdżając do Polańczyka wita nas słońce i zdziwione spojrzenia turystów, skupione na dwójce mokrych jak szczury motocyklistów. Jeżeli w Bieszczadach jest coś pewnego, na pewno nie jest to pogoda. Dokujemy pod namiotem, przebieramy się w suche, cywilne ciuchy. Ale pojawia się kolejny problem. jutro trzeba wracać a my mamy przemoczone szmaty na wylot. Udaje nam się zagadać z obsługą pola i nasze przemoczone ciuchy lądują w ciepłej kotłowni, jest dobrze. Wyruszamy na miasto, tym razem z buta. Trzeba skołować coś na kolację i trochę napoju bogów.  Znajdujemy sklep, ustawiam się w kilometrowej kolejce, pół godziny później zakupy zrobione. Stanie w kolejce umila pogawędka z nowo poznanymi motocyklistami. Wracamy na camping. Reszta wieczoru schodzi na wspominaniu przejechanych kilometrów, siedzeniu nad Solina i grze w billarda. Kolejny udany dzień za nami.


 

 

    Niedzielny poranek. Powoli trzeba wstawać. Wytaczam się z namiotu, grzeję wode na kawe. Niebo pochmurne ale nie pada. Trochę nam żal, że już trzeba wracać. Idziemy odebrać nasze motocyklowe ciuchy. Są suche, o to chodzilo. Po setkach kilometrów przejechanych w deszczu mamy dość mokrych ubrań. Pakujemy graty, składamy namiot. Pół godziny później motocykle stoją spakowane do powrotu. Budzę reszte niedobitków grzejąc Honde, przy okazji smaruje łańcuch. Powoli zbieramy się do wyjazdu. Po kilku minutach jesteśmy już w trasie wiodącej w strone Leska. Jest dość chłodno i pochmurno ale sucho. Jedziemy przyzwoitym tempem, licznik nabija kolejne przejechane kilometry. Trase przerywają nam jedynie postoje na tankowanie. Podróżuje się całkiem przyjemnie, nawet słońce od czasu do czasu uraczy nas swoją obecnością. W Rabce postanawiamy zatrzymać się na obiad. Zatrzymujemy się pod dość eleganckim zajazdem. Widać swoją obecnością wzbudzamy mala sensację. Nic dziwnego. Dwójka motocyklistów w ścioranych deszczem szmatach wbijająca miedzy ułożone rodzinki w drogich autach oczekujących na niedzielny obiad. Ale to bardziej ciekawość niż wrogie spojrzenia. Pierwszy cieply posiłek tego dnia dodaje motywacji do jazdy. Płacimy i na moto. Ogień na tłoki i kolejne kilometry już za nami. Niestety. Zaczyna padać. A raczej znowu leje. I tak będzie aż do końca, przez kolejne 200km.  Mój kombik dzielnie opiera się wodzie, ale Karolka jeansy już słabiej. Po kilkudziesieciu kilometrach obaj mamy wodę w butach i przemoczone rękawice. Przyzwyczajeni do jazdy w deszczu nie odpuszczamy, mamy tylko jeden cel- jak najprędzej znaleźć się w domu. Dlatego też zmieniamy trochę trasę i w Bielsku-Białej wskakujemy na drogę ekspresową. Troche udaje sie podgonić, jedziemy nią aż do Cieszyna. Po zjeździe do miasta tankujemy. Idziemy płacić. Jest pusto, jedynie dwie urocze kasjerki zza kasy patrzą sie na nas z politowaniem. W butach chlupie nam woda, z ubrań kapie woda a przemoczone rękawice zafarbowały nam łapska na czarno. Chwila konsternacji i cała czwórka śmieje się niewiadomo z czego. Idę się jeszcze odlać i lecimy dalej. Nic takiego, co byłoby samo w sobie warte wspomnienia. Ale genialnie zawinąłem sobie membranę z kurtki w gacie, zmęczenie robi swoje. Chwilę po wyjeździe ze stacji solidarnie z Karolkiem jechalem z jajami w zimnej wodzie. O tym marzyłem. Trochę błądzimy po Cieszynie ale szybko znajdujemy naszą drogę i znowu pędzimy w kierunku domu. Ostatnie 60km przejeżdżamy już bez przygód, deszcz trochę odpuszcza. Późnym popołudniem osiągamy cel. Jesteśmy w domu.

Cały wyjazd trwał 3 dni, w ciągu których przejechaliśmy ponad 1200 kilometrów, przeżyliśmy wiele przygod, zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc i poznaliśmy kilku ciekawych ludzi. Był to nasz pierwszy tak daleki wypad świeżo po zdobyciu motocyklowego prawa jazdy. A cały koszt wyjazdu na osobę zmieścił się pod granicą 500 zł.

PS: Pamiętacie jak wspominałem, że po glebie Kawasaki zaczęło wydawać świstający dźwięk, który uznaliśmy za świst zasysanego powietrza? Otoż, podczas ponad planowego parkowania pod barierką naderwaniu uległ pas napędowy. By było śmieszniej, zerwał się kilometr od domu w pierwszy dzień po powrocie. Widocznie deszcz, który był naszym przekleństwem uratował nas przed dość poważna awarią w trasie, zmuszając nas do wolniejszej jazdy. Wystarczyłoby troche słońca w otatnim etapie podróży, mocniejsze odwinięcie gazu i prawdopodobnie Kawa wróciłaby na lawecie. Mimo wszystko, wyjazd uważamy za udany i zachęcamy do własnych wypraw.

 

Sebastian

 

Save

Save

Save