Romania! 4948 km przygody....

14. 09. 21
posted by: Sebastian
Odsłony: 19836

    Rumunia-kraj, który przypadkiem stał się sam w sobie celem wyjazdu, w którym miał mieć tylko mały udział. Z pierwotnie planowanych 3 dni przeznaczonych na przejechanie Transalpiny i Transfogaraskiej zrobiło się ostatecznie 8. Kraj Wlada Palownika tak przypadł mi do gustu, że postanowiłęm go jednak lepiej zwiedzić. Poniżej znajdziecie obraz Rumunii jaki udało mi się zapamiętać i którym chciałbym się z wami podzielić. Uprzedzam, że o większości negatywnych stereotypów na temat Rumunów możecie już teraz zapomnieć :)

Alsooo, jadymy :

 17.08. 2014r Dzień wyjazdu

    Początek mojej dziesięciodniowej trasy ustawiam na niedzielę 17 sierpnia. Godzina wyjazdu : na luzie, jak się pozbieram, ok. 8:00 ruszam w trasę. GPS nie wchodzi w grę, z mapą w tankbagu lecę w strone Piwnicznej. Tankuję jeszcze szybko w Raciborzu i mogę spokojnie cisnąć dalej. Na całe szczęście mały ruch jeszcze, przyjemnie się jedzie. Tylko piździ trochę, ale do wytrzymania.  Brak GPS'u trochę się mści po przejechaniu ok 140km, mylę drogę i przy okazji zwiedzam okolice Żywca, nic nie szkodzi. Trace trochę czasu ale w końcu wyskakuje na DK 28  i spokojnie jadę już bez błądzenia. Tankuję jeszcze tuż przed przejściem granicznym gdzie spotykam dwie motocyklowe pary, z którymi zamieniam parę zdań i po kilku minutach mijam tablice informujące o wjeździe na terytorium Słowacji.       

   Samą Słowację przejeżdżam tranzytem, cel na dzisiaj to dojechać do Tokaju. Jedzie się całkiem dobrze, drogi jak to u Słowaków całkiem dobre przeważnie, oznaczenie też bez tragedii. Kierunek na celowniku- Sabinov, Presov, Kosice i dalej na Miskolc. Idzie całkiem dobrze, do czasu aż na rozjeździe trochę nie jestem pewny jak wskoczyć na autostradę w stronę Koszyc. Po chwili jednak zatrzymuje się młody Słowak i z biegu pyta po angielsku czy może pomóc. Angielski jednak przy tak podobnych językach okazuje się niepotrzebny i po krótkiej polsko-słowackiej konwersacji richtung jest jasny. I znowu idzie gładko. Do czasu, aż nie trafiam na ulewę na autostradzie przed Koszycami. Zatrzymuję się na awaryjnym by założyć pokrowce na sakwy i cisne szukać jakiegoś dachu. Przy okazji pozdrawiam ciuli, którzy widząc motocykl na poboczu podczas ulewy dalej walą prawym i chlapią wodą z kolein, gdy lewy jest wolny i bezpiecznie można odstęp utrzymać.

    Po kilku kilometrach w deszczu zjeżdżam na stacje benzynową, gdzie po chwili zjawia się przemoczony Słowak na motocyklu.  Praktycznie z miejsca zaprasza mnie na kawę, a że bariera językowa praktycznie nie istnieje rozmawiamy dłuższa chwilę czekając aż przestanie padać. Bardzo pozytywny koleś, pozdro Aurel :)

Do Rumuni przez Słowację

   Mimo miłego towarzystwa, do Tokaju zostalo jeszcze sporo do przejechania, a jest już po 17, trza lecieć. Drogi dalej mokre, ale już nie pada a im bliżej Madziarska tym cieplej, jest ok. Około godziny 17:30 przekraczam granicę z Węgrami. Robie sobie króŧką przerwę i lecę dalej do Miskolca, z którego drogą nr 37  już prosto do Tokaju.

Węgry

Cel osiągam trochę po godzinie 20, zatrzymuję się przy promenadzie, obok obładowanego Dl'a - na rzeszowskich tablicach jak się okazuje. Szybko lokalizuje właścicieli, z którymi chwilę rozmawiam i lecę znaleźć jakiś kemping. W Tokaju jest ich kilka więc bez problemu znajduję całkiem przyjemny i tam też dokuje tej nocy. Zanim zadokuje cebre, jeszcze do rozwiazania mały problem w recepcji, nie mam Forintów. Można płacić w euro, ale nie mam bilonu, a z banknotu 10E nie mają jak wydać. W końcu recepcjonistka łamanym angielskim proponuje, że resztę moge wybrać w walucie kuflowej-pasuje! Szybko rozbijam namiot, grzeje na kuchence fasolkę po bretońsku i z pełnym żołądkiem idę odebrać resztę. Nie pamiętam co to za piwo było, ale całkiem dobre, coś na S :) Po powrocie do namiotu okazuje się, że rozbiłem się obok pary z Francji, która na rowerach jest w trasie od kilku miesięcy, mają kilka tysięcy kilometrów nawinięte na kołach i planują jeszcze kilka miesięcy jechać, w sumie sami nie wiedzą jak długo i jak daleko-szacun! Na swojej trasie mieli również Polskę, na pytanie jak ją wspominają, odpowiadają, że bardzo dobrze, ludzie bardzo gościnni, mili i pomocni, a sam kraj ładny,ciekawy tylko trochę za płaski. W każdym razie jak widać z Polski zagraniczni turyści też mogą wywieźć pozytywne wspomnienia.                

Camping w Tokaju motocyklem

    Zaczyna się robić ciemno, mój rozmówca zawija się powoli spać a ja udaje się resztą sił na nocne zwiedzanie Tokaju, który jest bardzo urokliwym miastem, zwłaszcza po zmroku. W końcu też i ja wracam do mojego namiotu i w moment zasypiam. 620 kilometrow zrobiło swoje.

Tokaj nocą

 


 

 

18.08.2014 Dzień drugi

    Wstaje wcześnie, jest ok 6, może trochę wcześniej. Jest chłodno, wszystko jeszcze śpi ale widok Tokaju w promieniach wschodzącego słońca to bajka. Zaczynam sie powoli ogarniać,  wracajac spod prysznica przypominam se, że zapomnialem wody na kawę. Kubek w łape i grzeje spowrotem, ale po kilku krokach wpadam na małżeństwo z kampera na tablicach z Jasła, kwestia porannej kawy rozwiazana :) Po miłej pogawędce pakuję obóz na moto i ruszam w stronę rumuńskiej granicy, do której docieram ok 11;50. Na granicy mała niespodzianka-nie spodziewałem się, że na przejsciu dalej są normalne kontrole. Daje plastik, dzwigam kask, ok- można jechać. Na przejściu wymieniam jeszcze Eurasy na Leje (kolejka do kantora po ch..u), przekładam mape i lece w kraj Draculi.

Tokaj o poranku

Rumunia

    W Rumu ni pierwszym celem jest Oradea, w której mam zamiar odbić na drogę nr 19 w kierunku Satu Mare. Na dzień dobry się trace i jade w przeciwnym kierunku, ale przy pierwszym znaku informującym o odleglości do kolejnych miejscowościu skumałem, że nie tędy droga. W tył zwrot, pół godziny w plecy, ale w końcu jade w zamierzonym kierunku.

Oradea na motocyklu

Pierwsze miasto-pierwsze wrażenia, Oradea zrobiła na mnie wrażenie miasta, które dawno lata świetności ma za sobą, szare, byle jakie, duży ruch, takie polskie osiedle z lat 90. Pierwsze kilometry po wyjeździe z miasta mały szok- nówka asfalt, nowe parkingi i wszyscy cisną. Co druga osobówka wali po 140, szybko łapie o co tu chodzi. Kilometry lecą, asfalt zaczyna robić się taki jakiego się spodziewałem.

Sati Mare motocyklem

Za miejscowością Satu Mare wbijam w jakąs boczną drogę chcąc zobaczyć pierwszy monastyr na swojej trasie. Po kilku kilometrach jazdy przez las przejeżdżam jakąś małą wioche (same nowe domy i fury..) i kolejne z dwa kilometry lece polną drogą przez las. W końcu jest.

Monastyr w Rumunii

    Na miejscu spotykam kilka osób remontujących jedną kaplice ( a właściwie tworzących), jeden z nich przyprowadza młodego zakonnika opiekującego się tym miejscem, który dobrze zna angielski. Oprowadza mnie po całości, opowiada o życiu w Rumunii, troche zartujemy, taki wesoły grubasek w niczym nie przypominający naszego kleru. Okazuje się, że cały monastyr to w sumie samowola budowlana, ale kogo to w Rumunii obchodzi.. :) Mija trochę czasu, trza się żegnać i grzać dalej, dzisiaj chce jeszcze zwiedzić słynny Wesoły Cmentarz w Sapancie. 

Wesoły Cmentarz  

Do Sapanty docieram po godz. 17 i przegapiam oczywiście znak wskazujący cmentarz i tak się kręce, zwiedzam jakiś nowobudowany kościół i w końcu zatrzymuje się obok siedzących przy drodze kobiet i próbuję dowiedzieć się gdzie to w końcu jest. Po niemiecku nie da rady, po angielsku jedna jedynie jest w stanie zaproponować mi pokój, nie do końca o to mi szło. Wracam się raz jeszcze i jest!  Zwiedzam ten cud i dochodzę do wniosku, że troche przereklamowany, ale chociaż w cenie pocztówka była... Aha, tu też spotykam Polaków.

  

Dzień powoli się kończy, cisne dalej i powoli szukam miejsca do spania. Tradycyjnie jak ma to miejsce w takich wyjazdach, kończe z szukaniem miejsca w ciemności. Jest juz po 20,  robi się ciemno ale wypatruję polanke w lesie-Bingo! Tja, taki ch.. Przy próbie wjazdu zakopuje sie na maksa, kolejne 15 minut spędzam na wyciągnieciu obładowanej cebry z bagna. Do tego sama polanka okazuje sie podmokła i mieszka już na niej parę zdziczałych psów- spadam. Kawałek dalej widze pensjonat z restauracją. Zatrzymuje się, pytam kelnerkę o możliwość rozbicia namiotu. Prawie się zgadza, ale wylatuje jakaś burdel mama i mam wybór albo pokój za Euraczki albo nara-świetnie się zaczyna, spadam. Zrezygnowany zatrzymuję się w miejscowości Petrova przy malutkim sklepiku, którego właścicielka pozwala przekimać u siebie w ogrodzie. Po całym dniu nie trzeba mi nic wiecej.

 

   


 

 19.08.2014 Dzień trzeci

 Rumunia na motocyklu namiot

  
   Trzeci dzień wyjazdu jak zwykle zaczynam dość wcześnie bo ok godz. 6 już wsuwam resztę jedzenia z Polski. Poranek dość chłodny, gęsta mgła jeszcze nie myśli opadać. W sumie dobrze, że tak rześko, bo ciężko sie dobudzić po lipnej nocy, ogród był mały i z dużym spadkiem, więc możecie se wyobrazić komfort spania gdy śpiwór cały czas zjeżdża (razem z zajechanym bikerem w środku) na mokre ścianki namiotu.  Styknie marudzenia, pakujemy japońskiego muła i lecimy dalej. Kolejny plan do wykonania na dzisiaj : dotrzeć w okolice Bicaz.

    Kilometry same się nie zrobią ( i dobrze! ) to też dziękuje za gościnę, kupuję rogale z czekoladą i w drogę. Przez barierę językową (babulinka ni huhu po angielsku czy niemiecku) z porannej toalety nici, ale jak na dziko to na dziko, kilka kilometrów dalej znajduje piękne miejsce, gdzie mogę się wykąpać w rzece, jest git!  Miejsce o tyle fajne, że postanawiam jeszcze przed dalszą drogą wszamać wcześniej kupione rogale. Łapie jeszcze pozdrowienie od Rumunów koszących łąke po przeciwnej stronie i lece sobie dalej.

Dzika rumunia na moto

   Pogoda sprzyja, widoki też ładne więc pykam se spokojnie drogą nr 18 aż do Vatra Dornei gdzie odbijam na drogę 17B. O ile 18'tka miała całkiem dobrą nawierzchnię, tyle 17B to bardziej ciekawa droga (bardziej ciekawa dla advenczerów, super sportem będzie boleć), czasami nawet jakiś krater za zakrętem się trafi.  Słońce grzeje dość solidnie, w żołądku zaczyna się robić pusto, czas szukać miejsca na sjeste. Zjeżdżam z drogi na małą polankę przy potoku i wciągam kolejną część zapasów. Nie odpuszczam też spaceru w lodowatej wodzie, nie ma chyba większej ulgi dla stóp męczonych w motocyklowych buciorach!

    Po regeneracji czas ruszać. Jade sobie dalej slalomem znanym z polskich dróg (mijam jedną duża dziurę żeby wjechać w dwie mniejsze), ale mimo to mam dobry humorek bo widoki w rumuńskich karpatach to bajka. Tak se pykając dojeżdżam do skrzyżowania z drogą nr 15. Tu znowy fajny asfalt, piękny most i pytanie: w którą stronę jechać? Oczywiście, że w złą, po co przekładać mape :D Po chwili jazdy kapuję, że to nie ta droga, zatrzymuje się żeby jednak popatrzeć na mapę... i jest! Nie, nie, nie żeby tak nagle mnie oświeciło co do kierunku jazdy, z mapą w ręce to żaden problem wrócić na odpowiednia droge. Kątem oka widzę małego cygana, który ciśnie w moim kierunku niczym perszing. Pierwszy angrif, skacze do okoła i próbuje wysępić troche mamony ale widząc, że na horyzoncie pojawiają się jego posiłki w ilości sztuk dwie, pakuje mapę i spadam. Bez strachu- to była jedyna próba wyżebrania mamony przez 8 dni w tym pięknym kraju i co najwyżej byli upierdliwi, ale nie groźni więc jeżeli ktoś z czytających myśli o wyjeździe w opisywane strony to luźna guma.

   Dobra, trza jechać bo podjarany zdjęciami z przewodnika koniecznie jeszcze dzisiaj chce zobaczyć słynny wąwóz Bicaz. Daleko nie zajechałem średniej jakosci drogą jak zauważam na poboczu kolejnego DL'a i to znowu na polskich numerach! Bez namysłu podbijam i poznaje Karolinę i Arka, nie spodziewałem się, że spotkam kogoś z Polski, tym bardziej, ze jak narazie motocykli widziałem dosłownie kilka. Krótka narada, początkowo mój cel to wąwóz, nowi znajomi szukają pola namiotowego. Po chwili jednak staje na tym, że lecimy razem w kanion a potem szukamy miejsca do spania. I wszystko idzie gładko do momentu, w którym na wylocie z Bicaz zatrzymuje nas Policja...

uważajcie na policje w rumunii

   Konsternacja, o co tym borokom chodzi? Wyskoczyli z naprzeciwka na bombach, skierowali nas na pobocze, szybki nawrót, jeden wyskakuje z auta i pucuje moją tablice ( dzięki kolo! ) drugi robi najazd kamerką, wszystko pięknie ale za co? Tablicy wcześniej nie widzieli więc o to sie nie przyczepili, coś gadają o przekroczonej prędkosci w mieście (mogło się zdażyć...) ale przecież oni byli za miastem.. Okazuje sie, że jednak radośnie wyprzedzając auta z odpowiednio 104km/h(Arek) i 103km/h(ja) dalej znajdowaliśmy się w zabudowanym (mimo, że na zabudowane to już nie wyglądało).  No ale dobra, była zbrodnia (i to na nagraniu) to musi być i kara. Policjant informuje nas o wyroku: przekroczyliśmy prędkość o ponad 50km/h w zabudowanym za co nagradzają mandatem w wysokości 800 Leji. Boli, ale to nie wszystko. Za takie wykroczenie poza wysokim mandatem jest jeszcze jedna nagroda- pokwitowanie uprawniające do jazdy na terenie Rumuni przez 14 dni, w skrócie 800 Lej mandatu i zabierają nam Prawo Jazdy. Robi się nieciekawie, negocjujemy, prosimy i kombinujemy na tysiąc sposobów jak zatrzymać PJ. W końcu się udaje, znajdują na nagraniu moment, w którym jedziemy wolniej. Arek ciśnie do bankomatu, ja z Karoliną zostajemy jako zakładnicy, do zapłacenia mamy po cztery paczki, ale nie zabieraja szmat, uratowani. Na nasze szczęście dobrze znali angielski, tak pewnie już było by po nas. Płacimy podatek i lecimy w kanion.

 

Kanion Bicaz

   Mimo przykrej przygody z Policją humor wraca pod wpływem przepięknych widoków. Kanion co prawda nie ciągnie się bez końca, ale raczy nas kilkoma kilometrami pięknych widoków. Kilka zdjęć, pare chwil na podziwianie widoków i wracamy. Na żywo wrażenia niesamowite, jadąc motocyklem ciężko ogarnąć wzrokiem piękne pionowe ściany czy nawisy. Niestety jest tam też coś, co za każdym razem psuje obraz surowej rumuńskiej natury- w najciekawszym miejscu tłumy turystów walących foty z dziubkami i festyniarskie budy, w których ciężko cokolwiek ciekawego kupić. Nic, robi się późno, musimy szukać miejsca do spania.

   Spotkanie z Policja naruszyło portfele więc preferujemy nocleg na dziko, tym bardziej, że jedyny camping już nie istenieje. Pominę już to, ile nam zeszło na znalezienie miejsca do spania, ostatecznie jednak wesoły Rumun sam od siebie zaprosił nas do swojego ogrodu (miejscowość Chiriteni-chyba). Ogród jak ogród, altanka, ładna trawka ale za to widok jaki! Rozłożyliśmy się na górce z widokiem na jezioro i masyw Ceahlau-lepiej być nie mogło. Mimo tego, że zdecydowanie nie był to łatwy dzień, siadamy przy piwku i jeszcze dość długo gawędzimy na mniej lub bardziej motocyklowo-podróżnicze tematy.


 

 

20.09.2014 Dzień czwarty

 

   Po wyjątkowo zimnej nocy, wstajemy trochę później niż zwykle ( w moim wypadku późno to ok 7-8), a Rumunia raczy nas pięknym widokiem na góry i jezioro.  Chwilę później zjawia się nasz dobrodziej i oferuje kawę, Karolina i Arek dziękują, ale ja chętnie skorzystam. Gospodarz przynosi kawę w dość duzym garnku i malutką filiżankę.  Nieświadomy mocy owej czarnulki wypijam 3 filiżanki. Do południa mam ładnego speeda...

Pomijając lekki haj jest pięknie, małe śniadanko i idziemy popływać w jeziorze. Po drodze widać jeszcze szkody, które wyrządziły powodzie kilka miesięcy wcześniej, ale woda jest bez zarzutu. Gdyby nie gruz na brzegu i ulepiony a'la pensjonat widoki jak w skandynawii, tylko woda cieplejsza.

   Po tej chwili relaksu czas pakować majdan, podziękować naszemu gospodarzowi i ruszać w dalszą drogę. Niestety zmierzamy w przeciwnych kierunkach i dalej znów będe jechał sam.

  

   A dziś do pokonania bliżej nieokreślony dystans i cel, ot chce dojechać gdzieś bliżej wybrzeża. Z drogi nr 15 w miejscowości Gheorgeni skręcam na drogę 12C i dalej jadę w kierunku Brasov'a. Krajobraz po drodze raz ciekawszy raz mniej, trochę gór, trochę płaskiego, w sumie jedzie się  fajnie. Przypadkiem w miejscowości Prejmer (Tartlau) trafiam na bardzo ładny kościół warowny z XIII w. Miejsce bardzo urokliwe, ciche i praktycznie puste, ale to raczej zasługa tego, że odwiedziłem je juz pod koniec sezonu i dość późno bo ok 17.

   Bardzo miła kasjerka pozwoliła mi wjechać motocyklem na dziedziniec, a po zwiedzaniu pomogła zamówić pizze ( rumuńskiego nie znam a nie ma tam żadnej restauracji poza pizzeria na telefon, a że robiło się późno była to ostatnia okazja na coś treściwego). Przy okazji sporo pogawedziliśmy ( kolejne zdziwko, kasjerka z malutkiej rumuńskiej miescowości zna świetnie niemiecki, angielski,hiszpański i francuski- przypomnijcie sobie jak to często wygląda w naszych informacjach turystycznych...) . Na koniec z nadzieją pytam jeszcze o pole namiotowe po drodze- niestety musiałbym się wrócić do  Brasov, a na to nie mam ochoty.

   Cisne dalej drogą nr 10 w kierunku Buzau. Niestety żadnego ciekawego miejsca na nocleg. W okolicy  miejscowości Nehoiu widzę reklamę Cabana Hadar- znaczy jakieś schronisko. Męcze szpeja jakieś 1,5Km offroadem by na miejscu zobaczyć odwalony ośrodeczek z billardem, drogimi autami i usłyszeć, że o namiocie moge zapomnieć. Nic, wracam, po kilkuset metrach zagaduję kierowcę ciężarówki pracującego przy wyrębie lasu, który jak się okazuje angielski zna bardzo dobrze i po chwili mogę rozbijać namiot kilka metrów dalej, w ogrodzie jego znajomych . Sukces! Wokoło góry, lasy, do tego bezpieczna  miejscówa i ŁAZIENKA, pełen wypas.

   Jak się okazuje mimo, że slońce już zaszło, dzień jeszcze się nie skończył. Po pracy nowy znajomy wpada wraz z mołdawskim kolegą i bimberkiem, dołącza się jeszcze przemiły gospodzarz i tak schodzi nam jeszcze kilka godzin...

 

  


21.09.2014 Dzień piąty

   Kolejny dzień zaczyna się tym samym porządkiem, z tą małą różnicą, że mogę się umyć w łazience a nie jeziorze czy strumyku ( w sumie nie wiem czy tak lepiej czy gorzej :D ). Kawa, śniadanie (śniadanie fest, chińska zupka), pakowanie i w drogę. Dzisiaj chcę dotrzeć do Vama Veche i popływać w Morzu Czarnym!  Kawał drogi do rumuńskiego Havana Club więc na celownik kierunek Buzau i ogień.

   Po drodze zachęcony widokiem stoisk z arbuzami zamierzam se jednego sprawić, zatrzymuje się przy straganie obsługiwanym przez dwie dziewczyny i do dzieła: Pierwszy problem- nie mam miejsca, a w Rumuni idzie ino całego arbuza kupić, drugi problem- dziewczyny nie rozumią, że chcę tylko pół, a reszte niech se zatrzymają (arbuz tam kosztuje na nasze 1-2zł), po 15 minutach sam biorę nóż, kroje i dzielę tak jak se wymyśliłem. No i trzeci problem: wspólne zdjęcia (to nie problem akurat), po których matka jednej z dziewczyn próbuje mnie swatac ze swoją córka i sugeruje mi, żeby wziął ją ze sobą do Polski- czas spadać :D.

Ku morzu

   Po udanej ucieczce jadę dalej ku wodzie, w kierunku miasta Braila. Teraz mam już wrażenie, że jadę przez jakies odludzie w USA.

Płasko, w oddali jakieś rudawe wzgórza, nowa szeroka droga i przez kilkadziesiąt kilometrów nie ma prawie nic. Z Braili kierunek Tulcea i dalej na Constance. Szczerze mówiąc wybrzeże ( a bardziej jego pobliże) jest mało ciekawe, są pozostalości po dużych akweduktach nawadniających pola, pola z arbuzami i w sumie niewiele więcej. Sama Constanca też mnie nie zachwyciła, chociaż trochę ją zwiedziłem (jak błądziłem).

Vama Veche

   W każdym razie w koncu dotarłem do Vama Veche, popływałem w morzu (w porównaniu do bałtyku to cieplusieńkie i chyba czyściejsze)poznałem dwóch rumuńskich motocyklistów, rozbilem namiot na plaży i dzida na zasłużony browarek z nowymi znajomkami. Sama miejscowość w dzień to nic nadzwyczajnego, club przy clubie, plaże z słomianymi parasolkami, jakieś pensjonaty z dupy, ale to, co zaczyna się dziać wieczorem to bajka- masa mlodych ludzi imprezujących do samego rana w klubach, na plaży, na promenadzie, człowiek ma wrażenie, że jest gdzieś na zapomnianym końcu świata gdzie liczy sie tylko dobra zabawa i wolność. Dziewczyny też bardzo miłe.. :)

 


22.09.2014 Dzień nr 6

    Piątkowy poranek jest troche inny od reszty. Noc jakby nie była taka chłodna jak zazwyczaj, do tego z namiotu mam piękny widok na wschodzące słońce - nie pozostaje nic innego jak przywitać dzień kąpielą w ciepłym morzu. Piękna sprawa obudzić sie na plaży i za chwile wskoczyć w fale na pobudkę. Tym bardziej, że rano Vama Veche nie ma nic wspólnego z tym, co działo się tu przez cała noc. Zero ludzi, cisza,prawdziwa dzika plaża. Z daleka jedynie słychać tylko już mocno stłumioną muzykę. Pakuje sie w jakiś ciuch, klapki i ide upolować coś na śniadanie. Po drodze widać tylko drzemiących niedobitków przy klubowych stolikach czy hamakach, generalnie spacer jak po mieście w miesiąc po apokalipsie zombie. Znajduje jakiś sklepik, na progu sprzedawca drzemie skulony z telefonem w łapie, wyboru za bardzo nie ma, nie ryzukuje wynalazków i kupuje 3  7daysy, butelke wody i spadam zwijać obóz po drodze podziwiając marsz żywych trupów powoli zbierajacych sie do powrotu z imprezy.

    Na miejscu zaczynam składać swój domek, po kompanach wczorajszego wieczora nie ma już śladu, wyruszyli o świcie bo mieli słuszne jak na Rumunie 800km do pokonania tego dnia. Chwile potem ruszam i ja, chociaż troche mniej ambitny kilometraż mam na dzisiaj. Z początkowych planów odwiedzin Bułgarii rezygnuję, tym bardziej, że wczoraj poznani znajomi stanowczo odradzali ze względu na tragiczne oznakowanie (a mam tylko mapy na papierze) i ogólny brak atrakcji poza Złotymi Piaskami. Plan jest taki, że lecę prosto na Bukareszt a potem staram się dotrzeć pod Transfogaraską i tam poszukać kimy. Od słów do czynów trochę zadupiami dobijam się do autostrady A2 i cisne prosto na stolyce zobaczyć Pałac Narodów. Fakt faktem, autobahny nie lubia, ale ta rumuńska nie jest taka zła, są czyste parkingi, dobry asfalt i mały ruch, jedynie smerfy suszą dość często. Dodatkowy atut, że jedzie sie na lajcie, a ja po wieczornym kebsie (podejrzanym mocno) troche ciulato sie czuje. Na tyle ciulato, że robie se przerwe i ucinam drzemke na autostradowym parkingu. Na kolejnym przy okazji tankowania zapominam telefon na krawężniku. Pierwszy zjazd i szybki nawrot, po 20 minutach jestem spowrotem, telefon leży tam gdzie leżał, sukces.

Bukareszt

   W końcu dobijam do Bukaresztu, ruch spory ale nie ma tragedii, dodatkowo bez gps'a udaje mi się trafić pod Pałac Narodów. Zatrzymuję się na dupnym parkingu kawał od pałacu a i tak ciężko zmieścić go całego w kadrze. Mieli rozmach szkurwyszyny... Oglądam troche te cudo, robi wrażenie ale jakoś nie mój klimat, spadam w kierunku tego, co tygryski lubią najbardziej- legendarnych dróg 7C i 67C. Chce dojechać dzisiaj jeszcze do miasta Curtea de Arges, jedno z najpiękniejszych miast jakie spotkałem na drodze, w dodatku z nadzieja na normalne sklepy, spanie i restauracje. Podniszczony upałem, zdradzieckim kebsem i kupą kilometrów postanawiam na tą noc wynająć pokój (50 lei) żeby pozbierać się porządnie do wjazdu na dwie najważniejsze drogi mojej wyprawy. Przechodze do cywila (znaczy zrzucam kombinezon) i ide w miasto pozwiedzać, coś wszamać i przy okazji uzupełnić zapasy. Jak sie okazuje, pokój był dobrym posunięciem, bo wraz z powrotem późnym wieczorem przywędrowała solidna burza, po której na bank miałbym rano łóżko wodne w moim namiocie za 80zł...

 


 

 23.09.2014 dzień nr 7

        No i sobota. Dzień ataku na jedna z najciekawszych dróg w Europie. Na dworze chłodno, mokro po całonocnej burzy, mimo to wczesnie zbieram się do wyjazdu. Sprawne pakowanie, pobudka reszty okolicznych zgredów, smarujemy keta i dzida. Pogoda tym razem taka sobie, trochę pizga, miejscami wygląda, jak by miało popadać, nie wróży to najlepszych widoków na trasie. Nic, jedziemy.

 Transfogarska

    Wjeżdżając na drogę 7C w wyobraźni miałem surową drogę po odludziach, prawie zerowy ruch, przejazd przez jakieś zapomniane miejsce na końcu świata. No i zdziwko.Transfogaraska mimo tego, że raczy nas widokami gór, które nie pozwalają na wyduszenie nic więcej poza : "Wooow, wielkie wooow! ", w przypadku Polaków może jeszcze pełnego podziwu "o Kurwa!" , to jak dla mnie brakuje jej troszkę klimatu. Zaraz będzie bura od fanatyków tego szlaku, ale dla mnie ma on jedną poważną wadę, tą samą co kanion Bicaz : po chamsku wbija się tam komercja w odpustowym stylu.

W każdym ciekawszym miejscu pojawiają się odpustowe budy, nad tamą wymalowana reklama Cersanita, do tego duży ruch i pełno weekendowych turystów w drogich furach ( i udających takie) stających przy każdej byle atrakcji tamując ruch i tłumnie waląc foty lustrzankami i srajfonami. Tyle bólu dupy, pomijając już te wady cała reszta już zaczyna niszczyć system widokami.

Miejsca nie skażone komerą sa przepiękne, do tego oferują zazwyczaj dobry asfalt, masę zakrętów i banana nie mieszczącego się pod kaskiem (wskazany szczękowiec). Warto sie zatrzymać w jakiś spokojnym miejscu żeby naciszyć się widokami, bo niestety bardzo szybko lądujemy w miejscowości Cartisoara i zabawa się kończy.

Transalpina

   W sumie zabawa się nie kończy, bo moim zdaniem droga 7C to tylko rozgrzewka przed legendarną 67C. Teraz zostaje mi tylko dotrzeć na start Królowej Dróg, znaleźć miejsce na biwak i w niedzielny poranek zaatakować ją z pełnią sił. Pogoda zaczyna mi się trochę sypać, pada mżawka na zmianę z lekkim deszczem. Postanawiam wyrwać się spod niedobrej chmury i lecę przez Sibiu do Sebes, skad mam zamiar skręcić na Transalpine. Chcąc troche skrócić dojazd pakuję się w skrót kierujący na moją drogę i... po kilku km jadę polną drogą pnącą się mocno w górę, jak by tego było mało bardzo kamienistą i powoli dogania mnie deszcz. Na szczęście po ok 1.5km spotykam motocyklistę na malym enduraku, do tego zna niemiecki, jest ratunek. Okazuje się, że da sie tedy dojechać, ale droga jest coraz gorsza i decyduję się wrócić z nim do ostatniej miejscowości skąd pokazuje mi właściwą drogę z świetnym asfaltem i winklami. Przy okazji widzę do czego jest zdolna przyroda w tym rejonie wymijając osuwiska zasypujące prawie całą szerokość drogi.Robi się ciekawie.

   Jest już dobrze po 16, zatrzymuję się na pizze w przydrożnej restauracji i ruszam na poszukiwania miejsca do spania, nie chce znowu szukać miejscówy w nocy. Po kilku kilometrach jest, skręcam w polną drogę i docieram do małej polanki położonej nad strumykiem między kilkoma wysokimi sosnami. Piękna trawka, miejsce na ognisko, czysty strumyczek i nawet ktoś zrobił haczyk na drzewie, by było gdzie skitrać jedzenie przed niedźwiedziami, dzika miejscówa na pięć gwiazdek. Jedyny minus, że telefon nawet nie da rady nawiązać połączeń alarmowych, zero zasięgu. Zmęczony po jeździe zasypiam dość szybko, noc jest ciepła (podejrzanie), nic więcej mi nie trzeba. Aż do ok godz. 22, kiedy budzi mnie burza, jakiej jeszcze nie widziałem. I cichnie dopiero ok 3-4 nad ranem. Sam fakt burzy mało by mnie ruszał, gdyby nie fakt, że spałem pod strzelistymi sosnami, w miejscu niewidocznym z drogi i bez zasięgu. Gdyby któraś postanowiła się przewrócić byłoby mało ciekawie :)


 

24.09.2014 Dzień 8- Transalpina po burzy

 

    Poranek mimo ciężkiej nocy przynosi kolejny piękny dzień. Po wytoczeniu się z namiotu pierwszy widok- spory pies pasterski spokojnie leży niedaleko mnie i uważnie obserwuje sutuację. W jego tle kilka krów- nie dziwi mnie już ten obrazek, w Rumuni krowy rano same wychodza na pastwiska, wieczorem równiez same wracają do domu a nad całością zazwyczaj czuwa wielki owczarek, norma.  Okolica po burzy wygląda całkiem ciekawie- brzeg rzeki teraz jest z metr bliżej namiotu, na wyjeździe ogromna kałuża, rollbag zmienił się w całkiem pojemny bukłak. Mało tego- arbuz, o którym zapomnaiłem zgerował i cały teraz śmierdzi arbuzowym winem-super. Nieważne- trza się pakować,pokonać wspomnianą kałużę i ruszyć dalej z nadzieją, że Transalpina została przejezdna.

Przełęcz urdele  

Pierwszy cel na dzisiaj to wspiąć się na przełęcz Urdele. Po drodze mijam kilka powalonych drzew, kawałek dalej ludzi suszących namioty po nocnej burzy, temperatura powietrza też nie rozpieszcza. Rozpieszczają natomiast coraz piękniejsze widoki.

Transalpina, mimo, że wydaje się mniej malownicza od Transfogaraskiej moim zdaniem w pełni zasługuje na miano Królowej Dróg. Nie ma tutaj tyle komercji, cała droga jest dużo bardziej surowa, dzika, z innej bajki.

    Ten piękny obrazek psują tylko festyniarskie stragany na przełęczy i zagraniczne kampery, których kierowcy uznali, że to super miejsce na nocleg.

Mimo to, Transalpina jest przepiękna. Co lepsze- atrakcje znajdą tutaj kierowcy sportów jak i Advenczerów- piękny asfalt za kolejnym zakrętem może zmienić się w krajobraz księżycowy lub ustąpić miejsca szutrowi. Sam widok z przełęczy Urdele bije wszystko, co dotychczas widziałem, wrażenie potęgują jeszcze bardziej chmury przelewające się nad szczytem-bajka!

   Mimo tego, że miejsce urzeka widokami, trzeba jechać dalej-chcę dotrzeć nad Dunaj i zobaczyć głowę Decebala wykutą w skale.

 Przełom dunaju

   Po opuszczeniu legendarnej drogi 67C jadę w kierunku miasta Craiova skąd mam zamiar kierować się na Calafat. Im dalej na południe, widać coraz większą biedę. Jadąc drogą z Craiovej do Calafatu zastanawiam się, gdzie ja się pakuje, każda poważniejsza awaria będzie tu wielkim problemem. Drogi coraz słabsze, trawa zmęczona Słońcem, domy jak z meksykańskich filmów, ciekawie się zapowiada. Sytuacja zmienia się, po dojechaniu nad Dunaj. Wracają piękne widoki, drogie auta, pojawiają się pensjonaty.

   Jadąc obok rzeki, docieram pod rumuńską odpowiedź na hamerykańskie trzy głowy wykute w skale. Robi to wrażenie. Niestety- muszę jechać dalej-szukać noclegu. Ciężko z miejscem na dziko, pensjonaty za pokój wołają od 100 do 300 lei (!), widmo szukania kawałka trawnika za rogiem po ciemku coraz wyraźniejsze. Na szczęście znajduję ekipę łowiącą ryby nad Dunajem, która zagadnięta o miejsce pod namiot zaprasza mnie do dołaczenia do nich. Rumuńska życzliwość w czystej postaci- pomagają w rozbicu namiotu, częstują winem, jedzeniem z grila i wspaniałym towarzystwem. Reszta wieczoru schodzi nam na wspólnym biesiadowaniu.Kolejny udany dzień za mną.

 


 

25.08.2014 - Powoli wracamy...

   Tak. Punkt zwrotny całej wyprawy. Od teraz odległość od domu będzie się tylko zmniejszać. Troche szkoda ruszać. Dziękuje za gościnę nowej (wspaniałej!) ekipie i pozostaje mi już tylko jakoś przejechć przez wielką, błotnistą kałuże i ruszyć dalej brzegiem Dunaju.

   Kieruję się drogą nr 57 na miejscowość Oravita, potem odbijam w prawo na Caransebes, dalej na Lugoj i ostatecznie na Devę. Jadę już na maksymalnym luzie, raz podziwiając widoki, raz poprostu pożerając kilometry co bardziej monotonnej drogi. Chyba już lekkie zmęczenie i totalne odprężenie delikatnie zobojętniają na to co dzieje się wokoło. Plan na dziś wyjątkowo mało ambitny, poza sporym kilometrażem celem jest tylko dotrzeć w okolice Devy i znaleźć dobre miejsce do spania, by wypocząć przed właściwym powrotem. Fuck- czyli jednak ambitnie- z tym miejscem do spania...

   Tunel po Serbskiej stronie..

Ruiny zamku..

 

   Okolice Devy i Hunedoary są bardzo malownicze, sama Deva również oferuje całkiem sympatyczny zameczek do zwiedzania ( już za późno niestety dotarłem na zwiedzanie..). Powoli czas mnie goni, widząc ciemne chmury szukam tym razem Campingu. Dzięki pomocy miejscowego motocyklisty trafiam na bardzo fajny ośrodek (Camping si Cabunte przy DN66), który ze zwględu na słabą pogodę w ostatnich dniach mam prawie wyłącznie dla siebie! Wieczór spedziłbym chyba wyłącznie w termalnym basenie z solanką, gdyby nie to, że wcześniej zostałem zaproszony na grilla przez bardzo sympatyczne,starsze małżeństwo. Tak przy świetnym jedzeniu, sojce i gawędzeniu kończy się kolejny dzień w kraju wspaniałych ludzi...

 


 

  26.08.2014- Salina Turda!

      Rześki poranek zachęca do jazdy. Zbieram się. Zegnam sie z Ani i Georgem z nadzieją, że jeszcze kiedyś na siebie trafimy. Czas jechać.  Mam zamiar pozwiedzać dziś piękną kopalnie soli w Turdzie i dotrzeć do Tokaju, ostatniego przystanku w drodze powrotnej do domu. W sumie na dziś prawie 500km.

   Drogi ubywa już całkiem sprawnie. Przyzwyczajony do rumuńskiego stylu jazdy nawijam kolejne kilometry na koła i dość szybko docieram na parking obok nowoczesnego budynku wejścia do kopalni. Na miejscu zastaje to, co drażni mnie w prawie każdym ciekawym miejscu w tym kraju - masa turystów, tłok, badziewne stragany, zero oryginalnych pamiątek. Miłe kioskarki zgodziły się chociaż popilnowac dobytku, trza szukać plusów ;) Dobra- wchodze! Tylko jeszcze wyskocze z 20 Lei..

   Kopalnia, gdy już znajdziemy się pod ziemią faktycznie robi wrażenie. Trochę rozczarowuje to, że jest to raczej mały park rozrywki (taki bardziej park z łódeczkami i diabelskim młynem) niż zabytkowe arcydzieło. Ale w sumie miejsce ma służyć wypoczynkowi, zdrowotnej inhalacji i tym podobnym zabiegom więc luz. Dziwi tylko fakt kilometrowej kolejki do windy, a schody puste. Dziwni ci ludzie. Wspinam się schodami do wyjścia i zmierzam ku mojej żółtej strzale.

Lecimy do Tokaju, jeszcze tylko pokręcimy sie po Cluj Napoca i cisne prosto na mój Camping na Węgrzech. Koniec rumuńskiej przygody. Na dziś.


 

27.08.2014 Etap końcowy

   Ładny poranek. Ostatni raz zwijam namiot, ostatni raz gotuję wodę na kawe na kuchence. 10 dni bardzo szybko zleciało. Niechętnie ruszam w strone domu. Wszystkie piękne widoki, przyjacielscy ludzie poznani na trasie, miejsca, w których nie było tak łatwo jak się wydawało, winkle na Transfogaraskiej, cebra po silnik w błocie, kąpiele w rzece zamiast prysznica- to wszystko już za mną. Pozostaje świadomość powrotu, tego, że już nie ma nic po drodze.

   Nic to, ruszam! Droga przez Węgry zafascynowała mnie jednym szczegółem: miałem wrażenie, że ciepło bije od ziemi a nie od słońca, wiem, głupie ;) Wrażenie to mija chwile po wjeździe na terytorium Słowacji. Zrywam kilka jabłek na droge z drzew rosnących przy drodze, a po kilku km już stoję na przystanku i ubieram kondoma. Przez reszte drogi towarzyszy mi już tylko deszcz.

Podsumowując: Rumunia okazała się być taką, jaką ją malowali ludzie, którzy ją poznali. Otwarta, przyjacielska, z przepiękną przyrodą, ciekawymi zabytkami i niepowtarzalnym klimatem. Nigdy nie miałem problemu z paliwem, chordami cyganów, noclegiem na dziko. Rumunia to przepiękny kraj, w którym jest prawie wszystko. Spędziłem tam kilka wspaniałych dni i jedno jest pewne- ja tu jeszcze wrócę!

 


Kilka informacji dla planujacych wyjazd do Rumuni:

-Rumunia jest bezpieczna- można bez obaw spać w namiocie na dziko ( oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku)

-Waluta w RO to Lei. Przelicznik PLN-Lei to prawie 1 do 1

-Autostrady są darmowe dla motocykli (jak i na Słowacji, uwaga na Węgry- tu konieczna jest winieta, do dostania na stacji paliw, wygląda jak paragon)

-Przekroczenie prędkości o ponad 50km/h w zabudowanym kosztuje 800Lei i skutkuje odebraniem PJ

-Paliwo kosztuje zazwyczaj ponad 6zł (ceny z sierpnia 2014), można sprawdzić aktualne ceny paliwa ( i np. żywności w internecie)

-Prawie nigdy nie miałem problemu porozumieć się po angielsku z ludźmi w wieku ok 20-30+ lat, w centralnej części język niemiecki też daje szanse na rozmowę. Na południu sporo osób (nawet starszych) zna francuski, w szkołach zależnie od regionu uczy się także hiszpańskiego.  Obiekty turystyczne praktycznie zawsze dysponują obsługą znająca minimum angielski (w zamku Prejmer kasjerka znała angielski, niemiecki, francuski i jak pamiętam hiszpański...)

-Bankomaty, stacje benzynowe i płatność kartą nie stanowi problemu

- Duże markety ( Kaufland, Lidl itd) posiadają asortyment podobny jak w Polsce ( nawet sporo polskich produktów!), małe sklepy niestety posiadają bardzo ogroniczony wybór

-Nie udało mi się tam kupić normalnego chleba, wszystkie przypominały jakiś tostowy w smaku

-Drogi są dobrej, bardzo dobrej, fatalnej lub beznadziejnej jakości. Czasami (żadko) zostaje nam szuter.

-Oznakowanie nie budzi zastrzeżeń

-Sojka i palinka to ich paliwo rakietowe, Sojka to tak do 30-40 oktan, Palinka od 50% to drugie to prawdziwy ninja

-W lecie temperatury są wysokie lub cholernie wysokie, mimo to jeżeli śpicie w górzystym terenie trzeba się liczyć z bardzo chłodnymi nocami

-Campingi w Rumunii http://www.romaniacamping.ro/

 

W razie, gdyby brakowało informacji, której potrzebujecie stawiajcie pytanie w komentarzu ;)

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save


Powered by JS Network Solutions